Rozdział 13

blue-girl-in-water

 

 

 

 

 

Cała ociężała wyczołgałam się na brzeg. Ubrania nasiąkły wodą i były strasznie ciężkie. Kaszlałam, próbując pozbyć się wody z płuc. Obróciłam się na plecy ciężko oddychając. Byłam wyczerpana. Przez kilkanaście minut walczyłam z silnym nurtem rzeki. Prąd co chwila wciągał mnie pod wodę pozbawiając dostępu do powietrza. Chłopcy zginęli mi z pola widzenia już wcześniej. Teraz jestem sama. Wokół mnie jest las. Zastanawiam się jak stąd wyjdę. Muszę znaleźć Scotta i Phila. To jest teraz najważniejsze. Podniosłam się i rozejrzałam po okolicy. Jedyna droga jaką mogłam obrać to las. Niedobrze. Tam ciężko się nam będzie odnaleźć. Zostać też nie mogę. Może nas szukają. Stwierdziłam, że pójdę przed siebie. Tak po prostu. W końcu przecież gdzieś wyjdę. Weszłam w głąb lasu. Zaczęłam iść w nieznanym kierunku. Przechodziłam przez powalone pnie zagradzające mi drogę. Szłam już tak kilka godzin, gdy nagle usłyszałam jakieś głosy. Nie wiem, z której strony dochodziły. Na ich dźwięk podskoczyłam ze strachu. Stałam rozglądając się dookoła. Wypatrując kogokolwiek. Jednak nikogo nie zobaczyłam. „To pewnie tylko moja wyobraźnia”. Pomyślałam. Nie zastanawiając się nad tym dalej, skierowałam się naprzód. Kilka kroków dalej usłyszałam trzaśnięcie gałęzi. Odruchowo obróciłam się i zobaczyłam chłopaków. Rzuciłam się im w ramiona.
- Myślałam, że was nie znajdę. – Mówiłam spanikowana.
- Już dobrze. – Uspokajał mnie Phil, przytulając mocniej.
- Co teraz zrobimy? – Spytałam.
- Idziemy do Daniela. – Odparł Phil.
- To jego znajomy. – Wtrącił Scott.
- Ale… po co?
- On nam pomoże. Ukryjemy się u niego przez jakiś czas.
Nie miałam ochoty już dalej ciągnąć tej rozmowy. Byłam wyczerpana i zmęczona. Chciałam tylko znaleźć się jak najdalej stąd. Fakt, że nie znałam tego „kolegi”, ale było mi już obojętne gdzie pójdziemy. Postanowiłam zaufać Philowi. Jeśli sądzi, że tam będziemy bezpieczni to tak będzie. Nawet Scott nie protestował. Nie wyglądał oczywiście na zadowolonego, ale było widać, że nie ma innego pomysłu.
- Jeśli utrzymamy dość szybkie tempo to dotrzemy tam pojutrze. – Powiedział Phil, odwracając się do nas.
Szedł przed nami utrzymując równe tempo marszu. Scott trzymał się obok mnie i cały czas rozglądał się dookoła. Czułam, że jest niespokojny. Powoli zaczęło się ściemniać. Słońce chyliło się ku zachodowi. W lesie robiło się coraz straszniej. Słychać było różne odgłosy. Na każdy z nich cała drżałam.
- Zostaniemy tu na noc. – Nagle usłyszałam głos z przodu.
Myślałam, że się przesłyszałam. Tutaj! On chyba sobie żartował. Już wolę iść całą noc niż tutaj zostać.
- Co? – Spytałam podniesionym głosem.
- Zostajemy tu. – Powtórzył.
Popatrzyłam porozumiewawczo na Scotta. On tylko popatrzył na mnie chwilę i podszedł do Phila stojącego przed nami. Rozmawiali przez chwilę szeptem. Jestem ciekawa o czym, bo nic nie mogłam usłyszeć. Blondyn skinął na mnie ręką. Podeszłam więc do nich.
- O co chodzi?
- Nie możemy iść dalej. W nocy to będzie zbyt niebezpieczne. Przenocujemy tu, ale nie możemy rozpalić ogniska. – Phil wypuścił powietrze. – Pomimo tego, że jesteśmy już dość daleko, wolę nie ryzykować.
Super. Nie dość, że będziemy spać w lesie to jeszcze nie możemy rozpalić durnego ogniska. Nie mamy nic. Żadnych kocy, cieplejszych ubrań. Nawet jedzenia, a od kilku godzin burczy mi w brzuchu. Nic nie mówiłam, bo nie chcę sprawiać większych kłopotów. Okazało się przecież, że to ja jestem ich przyczyną. To wszystko moja wina. To przeze mnie nas gonili. Dlatego staram się jak najmniej narzekać. W sumie jest mi to już obojętne. Czy będziemy spać tutaj, czy pójdziemy dalej. Chociaż potrzebuję trochę odpoczynku. Opadłam na ziemię i oparłam się o drzewo.
- Możemy zostać. – Powiedziałam zmęczonym głosem.
- Dobrze, więc postanowione. – Stwierdził Phil i usiadł obok mnie.
Scott też usiadł blisko nas. Nie pozostało nam nic innego jak spróbować zasnąć. Co wcale nie jest łatwe w takim otoczeniu. Z każdą chwilą robiło się coraz zimniej. Pomimo tego, że jest lipiec, nie jest jakoś gorąco. Wprost przeciwnie. Wiejący wiatr jeszcze potęguje uczucie zimna. Mam na sobie tylko jeansy i bluzkę z krótkim rękawem, więc nie jest mi za gorąco. Mówiłam już, że nie mogę zasnąć? Siedzę i wpatruję się w skrawki nieba widoczne pomiędzy poruszanymi wiatrem koronami drzew. Jest piękne. Chyba jeszcze nigdy nie widziałam na niebie tylu gwiazd. Jedna z nich świeci najmocniej. To na pewno gwiazda polarna. Z rozmyślań wyrwało mnie chrapanie Scotta. Jeju jak on głośno chrapie! Nie słychać nawet własnych myśli. Popatrzyłam na Phila. On też śpi. Jak oni mogli zasnąć. Wygląda na to, że szykuje się długa, samotna noc. I na pewno nie zasnę przy tym hałasie, który wywołuje blondyn. Jutro sobie z nim porozmawiam. Uśmiechnęłam się sama do siebie. Postanowiłam ich nie budzić, bo pewnie są zmęczeni. Chociaż byłoby miło gdyby któryś z nich chciał mi dotrzymać towarzystwa. Usłyszałam jakiś dziwny odgłos. Jakby jakieś kroki. Może nie. Czy to mi się tylko wydaje? Znowu ten odgłos. Dziwne. Powoli podniosłam się i bezszelestnie skierowałam w jego stronę. Księżyc dawał wystarczająco dużo światła, aby widzieć w tym mroku. Rozejrzałam się po okolicy jednak nic nie zauważyłam. Wszystko wydawało się normalnie. Zobaczyłam jakiś cień przebiegający obok mnie. Szybko odwróciłam się w kierunku, w którym pobiegła postać. Już jej tam nie było. Stałam nie poruszając się. Serce waliło mi coraz mocniej. Co się dzieje? Jestem tylko zmęczona i głodna. Prześpię się trochę i mi przejdzie. Skierowałam się w stronę chłopaków. Usiadłam na wcześniej zajmowanym przeze mnie miejscu i usnęłam.

Rozdział 11

92897_krople-pajeczyna-wody
Dzięki temu, że wczoraj wszystko się wyjaśniło jestem spokojniejsza. Wiem, że mogę mu już zaufać i w jego obecności czuję się bezpiecznie. Ogólnie jest mi tutaj dobrze, ale zastanawia mnie jedna sprawa. Jeżeli ja jestem tu, to wychodzi na to, że nie było mnie w domu od ponad tygodnia. Co myślą rodzice i czy się martwią? A jeśli zadzwonili na policję, że zaginęłam. Zastanawiało mnie to i nawet ja zaczęłam się teraz martwić. Wyszłam do szkoły i już nie wróciłam jak to wyglądało. Scott jeszcze się nie obudził, ale Phil mówił, że to tylko kwestia czasu. Jego organizm musi się zregenerować i nabrać sił, a najlepiej dzieje się to podczas snu. Miał rację, bo gdy zmienialiśmy mu opatrunek to rana się już zabliźniła. Niesamowite! To dlatego chodziłam już po tygodniu, a miałam przecież złamane żebro. Normalny człowiek musiałby leżeć około trzech, czyli trzy razy więcej. Phil oglądał telewizję. Usiadłam obok niego i obróciłam się w jego stronę,
- Muszę o coś zapytać.
- No co tam? – Siadł na przeciwko mnie.
- Nie było mnie w domu od tygodnia, no i… Czy dla moich rodziców to nie jest dziwne? – Spytałam.
- Aaa o to chodzi. To załatwione, nie musisz się martwić. Dziwne, że dopiero teraz o to zapytałaś.
- Załatwione? Niby jak?
- Nie wiem czy ja mogę ci o tym powiedzieć…
- Dlaczego? O co chodzi? – Spytałam zdezorientowana.
- Lepiej jak Scott ci to powie. Niedługo się obudzi i wszystkiego się dowiesz.
- Czego się dowiem?
- Nie pytaj, bo ode mnie i tak nic już nie wyciągniesz.
- Dobra. – Powiedziałam obrażona i skrzyżowałam ręce.
- Oj przeeestań… Nie obrażaj się. – Zrobił minę słodkiego szczeniaczka.
- To na mnie nie działa. – Byłam nie ugięta.
Rzucił się na mnie przewracając na plecy. Teraz leżał na mnie i uśmiechał się.
- Będę cię torturował, dopóki mi nie wybaczysz.
Zaczął mnie łaskotać. Co on wymyślił. Ja mam takie straszne łaskotki, a on to jeszcze perfidnie wykorzystuje. Głupek. Śmiałam się tak głośno, że chyba było mnie słychać w całym mieszkaniu.
- Przestań. – Powtarzałam śmiejąc się cały czas.
- Wybaczysz?
- Tak, tylko przestań już.
Nachylił się nade mną i szepną:
- Ze mną się nie zadziera.
- Widzę, że świetnie się bawicie. – Usłyszałam otwieraną lodówkę.
Phil szybko ze mnie zszedł i usiedliśmy na kanapie jak gdyby nic, cały czas się poszturchując. Scott wyciągnął mleko i pił je teraz prosto z butelki oparty o blat. Był tylko jeansach. Zdjął już opatrunek i ku mojemu zdziwieniu po ranie nie było śladu.
- Dobrze, że się obudziłeś, bo mam do ciebie pytanie. – Zwróciłam się do niego.
- To ja was zostawię. Będę za godzinę. – Powiedział Phil i szybko wyszedł.
- O co chodzi Scott?
- Z czym?
- Z moimi rodzicami. On nie chciał mi nic powiedzieć.
Blondyn zakręcił butelkę i odstawił ją. Podszedł i usiadł koło mnie. Otwierał usta i z powrotem je zamykał, jakby chciał coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili się powstrzymywał. W końcu zaczął.
- Twoi rodzice… tak na prawdę nimi nie są.
- Co?
- Twoi biologiczni rodzice byli najlepszymi łowcami w bractwie. Było to dokładnie siedemnaście lat temu, ale kiedy dowiedzieli się co planuje Venom chcieli odejść. On nie pozwolił im na to. Kazał im nadal wykonywać swoją pracę. Niedługo później urodziłaś się ty. Bali się, że Venom bedzie chciał ci coś zrobić. Albo wykorzysta cię do zmuszenia twoich rodziców, żeby dalej dla niego pracowali. Postanowili oddać cię pod opiekę swoim znajomym – zwykłym śmiertelnikom. Czuli, że pod ich opieką nie będziesz bezpieczna. Venom jakimś sposobem dowiedział się o twoim istnieniu i próbował wyciągnąć od nich informację gdzie jesteś. Według przepowiedni w dniu, w którym się urodziłaś miało urodzić się jakieś wyjątkowe dziecko. Chciał je mieć za wszelką cenę, lecz twoi rodzice milczeli. Wkrótce zostali… zabici.
- Co ty wygadujesz? To są jakieś żarty, prawda? – Spytałam zszokowana.
- Nie, to nie są żarty. A co do rodziców, których znasz. O wszystkim wiedzieli. Wiedzieli kim jesteś, kim są twoi rodzice. To od nich wiem to wszystko. Mimo to zgodzili się tobą opiekować i wychowywali jako własną córkę. Byłem u nich i wszystko im powiedziałem, więc nie musisz się o nich martwić. Wiedzą, że jesteś bezpieczna, a teraz dla nich i dla ciebie bezpieczniej będzie jeżeli zostaniesz tutaj. Tu nic ci się nie stanie. Jestem ja i Phil. Jesteś bezpieczna. W domu byłabyś zupełnie bezbronna. Oni też tak uważają.
- Bezpieczna? O co chodzi?
- Wcześniej nie wiedziałem kim dokładnie jesteś, a teraz wszystko się zmieniło. Dlatego nie chciałem zabierać cię na poszukiwania. Venom cię szuka. Robi to od dawna, od kiedy dowiedział się o twoim istnieniu. Dziwne, że do tej pory cię nie znalazł. Miałaś ogromne szczęście. Teraz najważniejsze, żebyś nie rzucała się w oczy. Musisz tu zostać.
Co? Niby ile mam tu siedzieć? Przecież miałam ci pomagać?!
- Miałaś, ale wszystko się zmieniło! Nie rozumiesz tu chodzi o twoje życie! – Złapał mnie za ramiona i potrząsnął mną. – Rozumiesz?
- Nie, nie rozumiem! Nie możesz mnie tu trzymać. Będę chciała to sama wyjdę! – Krzyczałam zdenerwowana.
- Nigdzie nie wyjdziesz. Już ja tego dopilnuję. – Powiedział stanowczym głosem.

Rozdział 9

1514285_mrok

Obudziłam się w jakimś mieszkaniu. Leżałam na kanapie przykryta kocem. Jeszcze szumiało mi w głowie. Minęła chwila zanim wszystko sobie przypomniałam. Walka. Próbowałam ich rozdzielić.  Gdzie ja jestem? Spróbowałam się podnieść. Lecz z powrotem opadłam na sofę. Bardzo bolała mnie klatka piersiowa, co utrudniało mi jakiekolwiek ruchy. Z wielkim bólem podniosłam się do pozycji siedzącej. Z trudem mogłam oddychać. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Salon urządzony w nowoczesnym stylu. Dwie czarne kanapy, obok nich szklany stolik do kawy i oczywiście naprzeciwko ogromniasty telewizor. Jedna ściana była całkowicie pokryta regałami na książki. Wiele z nich wyglądało na naprawdę stare egzemplarze. Na jednej ze ścian znajdowało się ogromne okno zasłonięte zasłonami.  Natomiast z drugiej strony przez wyspę kuchenną można było zobaczyć kuchnię zachowaną w tym samym stylu. „Cudowne mieszkanie” – Pomyślałam. Z zachwytu wyrwał mnie znajomy głos.
- Spokojnie. Odpoczywaj. – Usłyszałam.
To był głos Phila. Popatrzyłam w kierunku, z którego dochodził. Stał razem ze Scottem. Zdziwiło mnie to. Przecież jeszcze nie dawno skakali sobie do gardeł. Było po nich widać ślady walki. Mieli napuchnięte twarze. Scott miał rozcięty łuk brwiowy. Phil rozbity nos. Śmiesznie tak razem wyglądali. – Co się stało? – Spytałam. Phil opuścił głowę. Podszedł do kanapy i klęknął przy mnie. Wydawał się smutny.
- Przepraszam, to moja wina. Ja… naprawdę nie chciałem.
Już pamiętam. Gdy próbowałam ich rozdzielić chłopak odepchnął mnie. Był wtedy w takim amoku, że zrobił to z ogromną siłą. Uderzyłam wtedy o ścianę i straciłam przytomność. Nie chciałam o tym rozmawiać, więc szybko zmieniłam temat.
- Nie chcecie się już zabić? – Zmusiłam się do sztucznego uśmiechu.
Widać było, że Phil też nie chciał o tym rozmawiać. Odetchnął z ulgą gdy zadałam pytanie.
- Wszystko sobie wyjaśniliśmy. – Odparł Scott. – Pomoże nam.
Teraz naprawdę mnie zamurowało. Jak go przekonał? Wczoraj na widok jego znamienia rzucił się na niego. Nie chce mi się wierzyć, że potrafili razem, spokojnie rozmawiać. Przyznam, że jestem ciekawa jak doszli do porozumienia.
- Naprawdę? – Popatrzyłam na nich.
- Tak. – Odparł Phil.
- I co teraz? Co robimy?
- Teraz odpoczywasz. – Powiedzieli jednym głosem na co uśmiechnęłam się. To było nawet słodkie, że się tak o mnie troszczyli, lecz to nie pora na odpoczynek.
- Nie ma czasu na odpoczynek. Musimy ich znaleźć. – Stwierdziłam.
Ostatnio Scott dużo mi o wszystkim opowiadał. Wiem, że nie możemy czekać. Każda sekunda jest wiele warta. Nie wiemy dokładnie co planuje Venom, wiec lepiej działać. Poza tym nie chce czekać na jego ruch. Na to co się stanie. Lepiej zacząć działać i to jak najszybciej. Musimy znaleźć tych, którzy pozostali i przekonać ich do naszego planu. Raczej jego braku. Nie mamy planu i w tym cały problem. Nie wiemy dokładnie co planuje Venom, wiec jak możemy mieć plan.
- Masz rację, ale to nie zmienia faktu, że masz złamane żebro. – Stwierdził Scott.
- Nic mi nie jest.
- Nieee… Wcale. Zróbmy tak.  Na razie ja będę ich szukał, a ty zostaniesz z Philem.
- Nie możesz iść sam.
- Mogę i właśnie to zrobię. – W tej samej chwili odwrócił się i wyszedł przez drzwi. Wyszedł. Jak mógł to zrobić?
- Zaczekaj! – Zerwałam się z kanapy.
Zrobiłam kilka kroków i przypomniał o sobie ból. W tej całej sytuacji kompletnie zapomniałam, że mam złamane żebro. Jeszcze tylko tego brakowało. On nie może iść sam. Jeśli coś mu się stanie, nigdy sobie tego nie wybaczę. Bardzo się z nim zaprzyjaźniłam. Wydaje mi się jakbym go znała od dawna, a to przecież tylko kilka dni. Nadajemy na tych samych falach i rozumiemy się niemal bez słów. To wszystko jest takie dziwne. Jeszcze niedawno byłam zwykłą, nudną nastolatką, twardo stąpającą po ziemi. A teraz? Wszystko zmieniło się tak szybko. Nie mogę się do tego przyzwyczaić. Że niby istnieją ludzie z magicznymi zdolnościami? Kpiny. Gdy to zobaczę to uwierzę,  a na razie pozostaje mi wierzyć chłopakom. Chyba nie są obłąkani. Raczej nie wymyśliliby sobie tego wszystkiego. Czasami wydaje mi się, że to po prostu sen, z którego zaraz się obudzę i wszystko będzie normalnie. Nigdy nie pomyślałabym, że ode mnie będą zależeć losy świata. Jak to w ogóle brzmi. Jak w jakimś cholernym filmie. Tylko różnica jest w tym, że to nie film i nie będzie powtórki. Albo wygramy my, albo oni.  Nerwowo szukałam ręką czegoś na czym mogłabym się podeprzeć. Nic. Obok pojawił się Phil, podtrzymując mnie. Jego silne ramiona oplotły się wokół mojej talii. Trzymał mnie pewnie, a jednocześnie delikatnie. Poczułam ciarki, które przechodzą przez moje ciało.
- Spokojnie. Trzymam cię. – Jego głos był spokojny i łagodny. Posadził mnie na sofie i siadł obok.
- Nie martw się o Scotta to duży chłopak, poradzi sobie.

Rozdział 8

747862_m

Byłam już po lekcjach. Gdy wychodziłam ze szkoły była dopiero 12.00. Puścili nas wcześniej, bo nauczyciele, z którymi mieliśmy mieć lekcje pojechali na wycieczkę. Cieszy mnie to. Nie ma to jak wyjść wcześniej ze szkoły. Nie chciało mi się wracać do domu. Nie będę tam przecież siedzieć sama. Rodzice w pracy. Nie było za bardzo co robić. Przyszła mi do głowy świetna myśl. Pójdę na kawę. Bar znajdował się kilka ulic od szkoły. Zawsze chodziłam tam z Kate, ale dziś nie było jej w szkole. To nasze ulubione miejsce. Często tu przychodzimy. Gadamy o różnych sprawach. Plotkujemy. Miło spędzamy czas. Tak poza tym mają tu najlepszą kawę w mieście. Wiem co mówię. Opłaca się przejść kilka ulic, żeby ją wypić. Weszłam do środka. Bar był przestronny i jasny. Wokół metalowych stolików stały krzesła z kolorowymi obiciami. Na ścianach znajdowała się niebieska tapeta w fantazyjne wzory. Na przeciwko wejścia stał bar. Wyglądał niczym wyjęty z lat 80. Cały lokal tak wyglądał. Dlatego go lubiłam. Był wyjątkowy. Usiadłam przy oknie kładąc ręce na stole. Chwilę później przyszła kelnerka, żeby zebrać zamówienie. Usiadłam wygodnie czekając na kawę. Patrzyłam przez okno na przejeżdżające ulicą samochody. Nie było ich za wiele. Może dlatego, że bar znajduje się w bocznej uliczce. Powiem, że to nie ciekawe miejsce. Obok znajdują się kluby, wiec w nocy jest tu pełno zalanych ludzi. Dosłownie zalanych. Są tu chyba najgłośniejsze imprezy w mieście. Nie ze względu na muzykę, lecz na to co się tu zawsze dzieje. Często pojawiają się nagłówki w gazetach z nazwami tutejszych klubów. Słyszałam ostatnio, że w jednym z klubów urządzają nawet nielegalne walki. Zastanawiam się jakim sposobem ten bar nie został jeszcze zdemolowany lub okradziony. Najwidoczniej mają szczęście. Usłyszałam kroki, które zbliżały się w moją stronę. Jednak zamiast kelnerki zobaczyłam Phila. Wyglądał zabójczo przystojnie. Jego czarne włosy były rozczochrane i opadały na czoło. Zajął miejsce naprzeciwko mnie.
- Cześć. – Powiedział.
- Czego chcesz? – Popatrzyłam na niego zdezorientowana.
- Porozmawiać. – Położył swoją dłoń na mojej.
Nic nie odpowiedziałam. Całe moje ciało zesztywniało. Coś kazało mi stamtąd uciekać i to jak najszybciej. Posłuchałam tego głosu. Uwolniłam dłoń i wzięłam torbę. Zaczęłam podążać w kierunku tylnego wyjścia.
- A kawa?! – Usłyszałam głos kelnerki.
Nie zwracałam na to uwagi. Przecisnęłam się pomiędzy ludźmi i wyszłam jak najszybciej potrafiłam. Chciałam uciec stamtąd jak najszybciej. Na pewno nie miałam ochoty z nim rozmawiać.
- Zaczekaj! – Zobaczyłam jak za mną wybiega.
- Daj mi spokój!
- Dlaczego ode mnie uciekasz?
- Nie uciekam. Po prostu się spieszę. – Odwróciłam się i poszłam dalej.
Nagle zastawił mi drogę. Próbowałam go wyminąć, ale był szybszy. Nie mam pojęcia jak znalazł się tak szybko przede mną. Przecież nawet mnie nie minął. Przerażał mnie coraz bardziej.
- Odsuń się. – Warknęłam.
- Czego się tak denerwujesz?
- Zejdź mi z drogi!
Nie słuchał mnie. Próbowałam jakoś się przecisnąć, lecz on nie rezygnował. Nie chciał mnie puścić. Bardzo się bałam. Czego on może chcieć? Dlaczego nie daje mi spokoju? Nie miałam ochoty z nim rozmawiać. Powinien to zrozumieć. Nawet nie wiem o czym chce rozmawiać. My nie mamy po prostu o czym rozmawiać. Ledwo się znamy. Ja nie znam go wcale! Nie wiem do czego jest zdolny i czy mogę mu zaufać. Stałam z nim sama w jakiejś wąskiej uliczce. Oprócz nas nie było tu nikogo. Tu nigdy nikogo nie ma. To tylne wyjście. Mogłam wyjść głównym. Głupia. Tam przynajmniej nie byłabym z nim sam na sam.
- Nie zejdę. Muszę ci coś powiedzieć.
- Ale ja nie chcę cię słuchać! Nie rozumiesz? Przesuń się! – Krzyknęłam.
- Nie, dopóki mnie nie wysłuchasz.
- Słyszysz co do ciebie mówi? – Usłyszałam znajomy głos.
Za chłopakiem pojawił się Scott.
- Nie wtrącaj się w nie swoje sprawy. – Rzucił Phil.
- Odsuń się od niej. Dobrze ci radzę.
- Grozisz mi?
- Nie. Na razie ostrzegam. – Scott podszedł do mnie i złapał mnie za rękę.
- Chodź. Odwiozę cię do domu.
- Nigdzie jej nie odwieziesz.
Phil złapał Scotta za rękę, którą mnie trzymał. Wzrok Phila wyostrzył się. Zobaczył je.
- O co tu chodzi?! – Spytał zdenerwowany.
- To nie tak jak myślisz… – Próbowałam wytłumaczyć.
- Nie? A jak?
- Floro nie ma sensu prowadzić teraz tej rozmowy. Chodźmy. – Nalegał Scott.
- Nigdzie nie pójdziecie! – Warknął Phil.
Chcieliśmy go minąć, lecz on w jednej chwili rzucił się na Scotta. Przeturlali się kilka metrów. Zaczęli okładać się pięściami. Raz jeden, raz drugi. Słychać było odgłosy walki. Padał cios za ciosem. Scott rzucił nim o stojący obok kontener. Plastik roztrzaskał się w drobny mak. Phil otrząsnął się i wpadł na chłopaka ze zdwojoną siłą, jednocześnie przywracając się z nim na ziemię. Myślałam, że się tam pozabijają.  Krzyczałam, żeby przestali. Wołałam pomocy, lecz nikt mnie nie słyszał. Niby kto mnie miał tu usłyszeć. Nie było po nich widać reakcji. Nie zwracali na mnie uwagi. W ogóle mnie nie słuchali. Postanowiłam nie stać bezczynnie. Podeszłam do nich, aby ich rozdzielić.
- Przestańcie! – Krzyczałam. Szarpałam Phila za ramiona, żeby odciągnąć go od leżącego pod nim Scotta. Jednak  nic to nie dało. Nagle chłopak odepchnął mnie i poczułam jak uderzam z ogromną siłą o ścianę. Osunęłam się na ziemię. Później nic już nie pamiętam. Jakieś głosy nade mną i tylko pochłaniającą mnie ciemność.

Rozdział 7

2

Idąc w kierunku polany zastanawiałam się po co ja tam w ogóle idę. Nawet go nie znam. Ale mówił rzeczy, o których chciałabym się dowiedzieć. Mam tak wiele pytań. Miał takie samo znamię jak moje. To nie może być przypadek. Posłuchałam go i nie zbliżałam się do Phila. W zasadzie to nawet go nie widziałam. Dobrze, bo na pewno kusiło by mnie zapytać o coś. Czy mogę mu wierzyć? Zastanawia mnie to. Nie wydaje się groźny i chyba jest w stosunku do mnie szczery. Chyba. Dobrze powiedziane. Lepiej zachować ostrożność. Na wszelki wypadek. Zobaczyłam go w tym samym miejscu, w którym wcześniej rozmawialiśmy. Siedział ubrany w jeansy i bluzę z kapturem. Gdy szłam w jego stronę usłyszał mnie i się obrócił. Na jego twarzy pojawił się ledwo dostrzegalny uśmiech.
- Przyszłaś.
- Tak.
Spod kaptura widać było jego zielone oczy, które cały czas się we mnie wpatrywały.
- No co? – Spytałam zakłopotana tą sytuacją.
- Ładnie wyglądasz.
Wyraz jego twarzy mówił wszystko. Poczułam gorąco, rozchodzące się po moim ciele. Na pewno zrobiłam się czerwona jak burak. O co mu chodzi? Mam na sobie krótkie, jeansowe spodenki i zwykłą, czarną bokserkę. Wyglądam normalnie. Ci faceci. Ich nie zrozumiesz.
- Przestań się podlizywać. – Pouczyłam go.
- Mówię na serio.
- Dobra nie ważne. Nie po to przyszłam.
- Masz rację. To od czego chcesz zacząć?
- Najlepiej od początku.
- Ok. Przygotuj się. Pewnie zabrzmi to dziwnie.- Wypuścił powietrze. – Wszystko zaczęło się kilka wieków temu gdy ludzie odkryli, że na ziemi istnieją istoty o różnych zdolnościach. Nie jakichś zwykłych, lecz hmm… można powiedzieć magicznych. Uważali wtedy, że są wysłannikami diabła. Bla bla bla. Jak to w średniowieczu zresztą. Każdy kto się wyróżniał był podejrzany. Zabijano ich lub palono na stosach. Lecz wraz z rozwojem nauki odkryto jak odbierać im ich moce. I tak powstało Bractwo Krwi. Jak na ironię jego założyciel był istotą, na które sam polował. Dlatego my jako jego przodkowie posiadamy umiejętności pomagające nam ich wytropić. Z czasem zachodziło to coraz dalej. Bractwo chciało coraz więcej. Jego dzisiejszy przywódca nazywa się Venom. Wymyślił sobie, że zabije ich wszystkich co do ostatniego, a jakby tego było mało to postanowił, że na Ziemi mogą przeżyć tylko członkowie Bractwa. Nie wiem jak chce to zrobić, ale chce zabić wszystkich ludzi.
- Coo??? Przecież tak nie można! – Krzyknęłam zdenerwowana.
- Wiem to. Dlatego postanowiłem go powstrzymać. Szukam osób, które mi pomogą.
- Ale jak chcesz to zrobić?
- Jeszcze nie wiem. Ciągle szukam jakiegoś rozwiązania.
- A czy Phil… czy on jest…
- Tak.
- Wiedziałam. – Powiedziałam pod nosem.
- Skąd?
- Bo wokół niego widać… Jest otoczony poświatą. Nie wiem jak to opisać.
- Widzisz pole energii? – Popatrzył na mnie jak na wariatkę. – To w Bractwie nie zdarzyło się już od kilku pokoleń! Niesamowite.
- Coś takiego widziałam tylko kilka razy w życiu.
- To możliwe. Zostało ich już nie wielu. Floro spadłaś mi z nieba! – Wykrzyknął i objął mnie. Oczy mu się świeciły. Wyglądał jak małe dziecko, które dostało cukierka.
- Scott uspokój się.
- Nie rozumiesz? Razem ich znajdziemy i pokonamy Venoma. – Był taki szczęśliwy.
- Ja nie wiem czy tego chce… Ja… ja… jestem normalna.
- Bez ciebie mi się nie uda.
- Powiedz, że to co powiedziałeś jest kłamstwem.
- Nie. Floro, spokojnie.
- Co spokojnie! Ja już nic nie wiem. Nie wiem kim jestem, nie wiem… – Z moich oczu pociekły łzy.
- Nie płacz. – Powiedział łagodnie i przytulił mnie. Poczułam się bezpiecznie. Jak od dawna się nie czułam. Wtuliłam się w niego. Wiedziałam, że mogę mu zaufać.
- Wszystko będzie dobrze. Zobaczysz. – Odchylił mnie tak by spojrzeć mi w oczy. – Nic ci się nie stanie. Masz moje słowo. Pomożesz mi?
Przytaknęłam. Chcę mu pomóc, bo jeśli tego nie zrobię to stanie się najgorsze. Coś czego zawsze bym żałowała. Do końca życia.

Rozdział 6

drozka-kwiatki-las

Po powrocie ze szkoły od razu pobiegłam w swoje ulubione miejsce. Przeskoczyłam przez płot i zagłębiłam się w cień rzucany przez drzewa. Szłam dobrze znaną mi ścieżką w głąb lasu. Mijałam dobrze znane mi drzewa. O tej porze było tu tak pięknie. Leniwe promienie słońca próbowały przedostać się przez korony drzew. Tym którym to się udało rozdziały panujący tu mrok. W dali widać było powalone przez ostatnią burze pnie. Słychać było śpiew ptaków. Dlatego lubiłam tu przychodzić. Mogę się odciąć od świata, który zostawiłam za płotem. Wraz z przekroczeniem tej granicy czuję się wolna. Bez żadnych problemów. Przez chwilę mogę się niczym nie martwić. Wyszłam na otwartą polanę i ujrzałam stojący na środku stary, ogromny dąb. Moje miejsce. Właśnie tutaj zawsze przychodzę. Wspinam się na jedną z gałęzi i siedzę tam podziwiając widok, który się stamtąd rozpościera. Zapiera on dech w piersi. Dokładnie widać cały las sięgający aż po horyzont. Łączy się tam z niebem i dlatego wygląda jakby nie miał końca. Jakby nigdzie się nie kończył. Czasami wspinam się jeszcze wyżej. Po przeciwnej stronie widzę wtedy domy, całe osiedla, a gdy się dobrze przyjrzę nawet moja szkołę. Lubię tak popatrzeć na wszystko z góry. Wszystko wydaje się wtedy takie małe i nie znaczące. Usiadłam i oparłam się o pień drzewa.
- Ładny stąd widok, no nie? – Usłyszałam głos.
Tak się przestraszyłam, że o mało nie spadłam. Na szczęście w ostatniej chwili złapałam się gałęzi. Wisiałam tak z pięć metrów nad ziemią. Nie mogłam się podciągnąć, ani zeskoczyć. Za wysoko. Nagle ktoś złapał mnie za rękę i wciągnął. Popatrzyłam na niego. Był to chłopak. Miał jasne, krótko ścięte włosy, wystające spod kaptura. Twarz była opalona z wyraźnie zaznaczonymi kośćmi policzkowymi. Wyglądał na starszego ode mnie. Kiedy odzyskałam równowagę odsunęłam się na kilka kroków.
- Nawet nie podziękujesz Floro? – Spytał uśmiechając się.
- Za co?!
- Że cię uratowałem.
- A wcześniej przestraszyłeś! Kim ty w ogóle jesteś i skąd znasz moje imię? Zadałam pytanie zdenerwowana.
- Jestem Scott.
- I co w związku z tym?
- Muszę z tobą porozmawiać.
- O czym? A z resztą nie ważne. Nie znam cię, więc nie mamy o czym rozmawiać.
Zeszłam z drzewa i podążyłam w kierunku domu. Chłopak złapał mnie za nadgarstek i obrócił w swoją stronę.
- Zaczekaj.
Popatrzyłam na swoją rękę, którą trzymał.
- Puść mnie! – Krzyknęłam.
- Nie, dopóki z tobą nie porozmawiam. – Odparł poważnie.
- Czego ty ode mnie chcesz?
- Usiądźmy. – Wskazał na kłodę obok nas.
Zrobiłam to co powiedział. Może jak posłucham czego chce to się odczepi. Jak on w ogóle mnie tu znalazł. Przecież nikt nie wie o mojej kryjówce. Tylko ja. I na pewno nikomu się nie wygadałam.
- Przyszedłem tu żeby cię ostrzec.
- Mnie? Ciekawe przed czym.
- Raczej przed kim. – Wydawał się poważny.
- Że co?
- Musisz trzymać się z dala od Phila.
- Dlaczego?
- W końcu sobie przypomnisz, ale do tej pory lepiej się do niego nie zbliżaj. Może wyciągnąć pochopne wnioski. Jeśli nie chcesz mieć kłopotów to lepiej omijaj go szerokim łukiem.
- Ale dlaczego?
- Bo jesteś jedną z nas, a on uważa, że wszyscy z nas są źli.
- O czym ty mówisz? – Spytałam zdezorientowana.
Podciągną rękaw i ujrzałam takie samo znamię jak moje.
- Ale… ale jak?
- Jesteś urodzona, żeby tropić takich jak on. Rozumiesz? Jeśli narazisz się Venomowi i jego ludziom zrobi z tobą to samo co z nimi. Jeśli cię chociaż z nim zobaczy to…
- Po co mi to mówisz?
- Bo nie chce żeby coś ci się stało.
- Przecież mnie nie znasz.
- Trochę tak. Jestem taki jak ty. Nie należę do Bractwa. Też nie wiedziałem kim jestem, ale teraz już wiem. Szukam tych którzy nie wiedzą o swoim pochodzeniu i uświadamiam kim są. Próbuję zaprzestać temu co się dzieje. Lecz Venom ma armię. Mnóstwo ludzi go popiera.
- Dalej nie wiem o czym mówisz…
- Ok. Przyjdź tu jutro o tej samej porze. Wtedy wszystko ci wytłumaczę. Muszę już iść. Tylko proszę cię o jedno. Nie zbliżaj się do niego.
- Dobra jutro pogadamy! – Krzyknęłam odchodząc.

Rozdział 5

balloons-in-the-sky

Stałam przed lustrem przymierzając ciuchy. Żeby łatwiej mi było coś wybrać rozrzuciłam je wszystkie na łóżku. Dosłownie wszystkie. Nie żartuje. Łatwiej wybrać. Jasne. Zauważyłam, że im więcej mam ubrań tym trudniej znaleźć coś co mogłabym założyć. W ostateczności ubrałam się w ciemne jeansy i jakiś T-shirt. Jak zwykle zresztą. Wyprostowałam włosy i pomalowałam się. Nałożyłam fluid, puder i wytuszowałam rzęsy. Ostatni rzut okiem i wychodzę. Moje długie, brązowe włosy lekko opadały mi na ramiona. Poprawiłam je jeszcze. Porozrzucane ubrania zwinęłam w kulkę i wepchałam do szafy. Z trudem się tam zmieściły. Jak są złożone to chyba zajmują mniej miejsca. Żeby tylko mama tu nie zaglądała, bo jak zwykle nie powstrzyma się od uszczypliwego komentarzu.  Poskładam później. Może. Wzięłam torbę i zeszłam do kuchni.
- Hej mamo. – Powiedziałam.
- Już wstałaś? – Spytała zdziwiona.
- Tak. Chcę jeszcze po drodze wpaść po Kate.
- Aha. Masz tu drugie śniadanie. Zrobiłam ci twoją ulubioną kanapkę. – Podała mi ją.
- Dzięki. To ja lecę. Pa.
Odwróciłam się i już nacisnęłam na klamkę gdy jeszcze spytała.
- O której wrócisz?
- O szesnastej.
Zawsze się o to pyta. Przecież nie jestem już dzieckiem. Mam siedemnaście lat. Wyszłam i skierowałam się w stronę domu Kate. Szłam chodnikiem powoli mijając domy. „Dlaczego ona nie może mieszkać bliżej” – Pomyślałam. Przez to, że po nią chodzę muszę nadkładać drogi. Precyzując jakiś kilometr. A mogłabym chwilę dłużej pospać. Nagle poczułam jak po moim ciele przebiegają ciarki. Usłyszałam warkot silnika. Stawał się coraz głośniejszy. Zbliżał się do mnie. Obróciłam się. Zobaczyłam go w czarnym kabriolecie. Gdy mnie mijał nasze spojrzenia się spotkały. Jego niebieskie oczy błyszczały. Nie wiem dlaczego, ale bałam się go. Wcześniej nie wywoływał u mnie strachu. Stałam tam nie mogąc się poruszyć. Patrzyłam jak odjeżdża. Jak samochód staje się coraz mniejszy i znika za zakrętem. Oprzytomniałam. Co się ze mną dzieje? Weź się w garść. Ruszyłam dalej i chwilę potem czekałam już na Kate.
- Cześć Flora. – Zobaczyłam ją w drzwiach.
- No cześć. Ile mam na ciebie czekać?
- Oj przepraszam.
- Zawsze tak mówisz, a potem i tak robisz to samo. A ja stoję tu jak durna. – Odparłam zirytowana.
- Powiedziałam przecież, że przepraszam. Co cię ugryzło?
- Dobra. Nie ważne. Chodźmy.
Dalszą drogę pokonałyśmy w milczeniu. Żadna z nas nie odezwała się nawet słowem. Chyba trochę przesadziłam. Tak na nią naskoczyłam, a to przecież nie jest jej wina. To nie przez nią jestem ostatnio taka przewrażliwiona. To wszystko zaczęło się gdy poznałam Phila. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nadal nie wiem kim on jest. Ale z biegiem czasu coraz mniej chce się tego dowiedzieć. Dzień minął spokojnie. W zasadzie nie wiem o czym były nawet lekcje, bo cały dzień zastanawiałam się nad tym co zdarzyło się w piątek. A raczej co się zdarzyło, a czego nie pamiętam. Nie dawało mi to spokoju. W głowie miałam tylko ten sen. Zastanawiałam się czy to był na pewno sen. „Nie no. Próbujesz to sobie wmówić.” – Powiedziałam sama do siebie. Niby jak znalazła bym się w swoim pokoju. Chyba zwariuje jeżeli to się nie wyjaśni. Jeszcze ten cały Phil. O co z nim chodzi? Ta poświata. Te oczy. Nie są takie jak u normalnych ludzi. Ich kolor jest taki intensywny. Wyglądają jakby odbijał się w nich błękit oceanu. Naprawdę. Gdy w nie patrzysz dostajesz gęsiej skórki. Nie wiesz czy to dobrze, czy źle. Lecz chciałbyś wpatrywać się w nie cały czas. Jest taki hipnotyzujący. Wprost nie można od niego oderwać oczu. „Jezu! Przestań o nim myśleć” – Przywołałam się do porządku. Szybko wbiegłam do pokoju. Rzuciłam torbę w kąt i otworzyłam laptop. GOOGLE. Przeszukałam wszystkie możliwe strony w stylu magia, aura, a nawet sekty czy stowarzyszenia. Aura by pasowała, lecz musiałby ją mieć każdy. Ale ja widziałam w życiu kilka osób z czymś takim. Tego co mi potrzebne jak zwykle nie znalazłam. Zatrzasnęłam urządzenie. Podniosłam się z krzesła i poszłam na balkon. Zawsze tam przychodzę gdy mam jakiś problem. Jest nas nim daszek, na którym zawieszone są donice z kwiatami. Lubie je podlewać, pielęgnować. To mnie odpręża i zapomina o kłopotach. Siadłam po turecku i rozkoszowałam się widokiem nieba. Przyglądałam się każdej chmurze i myślałam co mi przypomina. Stąd miałam przepiękny widok. Tuż za moim płotem rozpościerał się las. Czasami lubiłam bo nim spacerować. Miałam tam swoje drzewo, na które często wychodziłam. Rozglądałam się tak gdy mój wzrok spoczął na postaci stojącej na skraju lasu. Był to chyba chłopak. Ubrany w bluzę z kapturem. Wstałam żeby lepiej go widzieć. Patrzył w moją stronę. Zbiegłam szybko na dół i wyszłam tylnymi drzwiami. Chciałam do niego podbiec i spytać kim jest, po co patrzy w moje okno. Byłam już taka zdeterminowana, ale on zniknął.

Rozdział 4

-likely-pl-6689eae3

Otworzyłam oczy. Zobaczyłam dobrze znany mi widok. Niebieskie ściany. Łóżko z baldachimem, na którym leżałam. Mój pokój. Usiadłam i rozejrzałam się. Wszystko wydawało się w porządku. Przez okno przedzierały się pierwsze promienie słońca.  Jednak coś było nie tak. Nie wiedziałam jeszcze co. Miałam dość dziwny sen może dlatego. Śniło mi się, że pojechałam gdzieś z tym przystojnym chłopakiem i mieliśmy wypadek. Jednak najdziwniejsze było to, że mi groził. Dlaczego? Przecież nic mu nie zrobiłam. To raczej on wczoraj trafił we mnie piłką. Ja powinnam być na niego zła, ale żeby od razu nożem straszyć. Ten sen wydawał się taki prawdziwy. Jakby to wszystko działo się naprawdę. Popatrzyłam na zegarek stojący na biurku.  7.50. Cholera! Spóźnię się do szkoły. Niemal wyskoczyłam z łóżka i pobiegłam do łazienki. Szybko się umyłam i ubrałam. Już miałam wychodzić z domu, ale napotkałam zdziwione spojrzenie mamy.
- No co? – Spytałam.
- Gdzie ty idziesz Floro?
- Do szkoły. Dziwne pytanie.
- Wiesz, że dzisiaj jest sobota.
- Sobota?
Na serio? Sobota? Jak to możliwe skoro jeszcze wczoraj był czwartek. Byłam skołowana. Na pewno wczoraj był czwartek. Jestem tego pewna na sto procent. Nawet na tysiąc. Na pewno coś się jej pomyliło. Na wszelki wypadek, żeby jakby co to nie zrobić z siebie jeszcze większej wariatki wyjęłam z kieszeni telefon. Popatrzyłam na datę. 25 maja, sobota. Otworzyłam szerzej oczy.
- Wszystko w porządku? – Zagadnęła mama.
- Tak. Coś mi się pomyliło. – Odparłam szybko odchodząc do pokoju. Wbiegłam po schodach i weszłam do pokoju opierając się o drzwi. Byłam zdezorientowana. Jak to jest możliwe? Ostatni dzień jaki pamiętam to czwartek. Uciekłam wtedy z lekcji razem z Kate. A co robiłam wczoraj? Miałam pustkę w głowie.  Położyłam się na łóżku. Właśnie! Kate! Ona musi wiedzieć co robiłam wczoraj. Wybrałam jej numer. Jest sygnał. Chwilę potem usłyszałam jej głos.
- No hej. Jak tam?
- Spoko. Ale mam takie dziwne pytanie. – Powiedziałam nie pewnie.
- Dobra mów. Na pewno niczym mnie nie zaskoczysz.
To się okaże. Jeszcze nie wie o co chce ją zapytać.
- Co robiłam wczoraj?
- Co ty robiłaś???
- No tak. Chcę wiedzieć co ja robiłam. Nie przesłyszałaś się.
- Aha… Spoko. No to tak. Byłyśmy na lekcjach. Ty też na nich byłaś. Jeśli miałabyś jakieś wątpliwości. Zjadłaś mi moje drugie śniadanie. Za co jestem na ciebie wkurzona, bo później cały dzień chodziłam głodna. No w sumie to co zawsze.
- Nic dziwnego się nie działo?
- No nie. O co ci chodzi? Ale zaczekaj… Jedna rzecz mnie zdziwiła.
- Jaka spytałam?
- Że byłaś nawet miła i dało się z tobą wytrzymać.
- Hahaha. Bardzo śmieszne. Dobra ja kończę. Pa. – Odparłam zrezygnowana.
Fajnie, że nie dowiedziałam się niczego nowego. Ta rozmowa jednak coś mi uświadomiła. A mianowicie to, że kompletnie nie pamiętam wczorajszego dnia. Jakby w ogóle się nie wydarzył. Kate go pamięta. Ja nie. Dziwne. Jeszcze nigdy się tak nie czułam. Normalnie jak w filmie, w którym ktoś wyprał komuś pamięć.

Rozdział 3

wpid-forest-likely-pl-221c7125-1.jpg

Auto zatrzymało się na dachu. Niedaleko od miejsca wypadku rozpościerał się las. Odpięłam pasy i powoli wyczołgałam się przez wybitą szybę. Samochód wyglądał strasznie. Dziwne, że w ogóle przeżyliśmy. Skarpa była naprawdę wysoka. Bardzo bolała mnie głowa. Dotknęłam jej. Na mojej dłoni pozostała krew. Położyłam się na wznak ciężko oddychając. „No to ładnie” – Pomyślałam. Jeszcze tego brakowało. Phil też wyszedł z samochodu tylko była jedna różnica. On nie wyglądał jak po wypadku. Nic mu nie było. Patrzyłam na niego z szeroko otwartymi oczami. Jak to możliwe, że wyszedł z tego wypadku bez szwanku. Kim on jest? Poruszał się normalnie idąc w moją stronę. Wyglądał jakby miał zaraz kogoś zabić. Ja ledwo łapałam każdy oddech. Każdy ruch sprawiał ogromny ból. Chyba miałam złamaną rękę, bo przy każdym ruchu bolała jak diabli. Liczylam, że zapyta czy wszystko w porządku, czy nic mi się nie stało. Jednak nic w tym stylu nie wyszło z jego ust. Co mu  się stało? Jeszcze nie dawno był taki miły, a teraz. Jest swoim całkowitym przeciwieństwem. Chłopak podniósł mnie i przygniótł do drzewa. Zrobił to z taka siłą, że aż zabrakło mi tchu. Z mojego gardła wydobył się jęk. – Czego chcesz? Gadaj! – W niczym nie przypominał tego miłego faceta, którego poznałam. Był oschły i niemiły. Jego twarz wyrażała wszystko. Takiego go jeszcze nie widziałam. Przerażał mnie. W tej chwili bardzo żałowałam swojego pomysłu. Co mi w ogóle przyszło do głowy. Mogłam się do niego nie zbliżać. Ale nie. Przecież po co. Musiałam się tego dowiedzieć. Będę tego słono żałować. Nie dość, że prawie wcale go nie znam to jeszcze pozwoliłam mu się podwieźć i podałam adres. Co że mnie za idiotka.
- O co ci chodzi? – Spytałam.
- Nie udawaj, że nie wiesz! Śledzisz mnie! – Krzyczał. Złapał mnie za gardło. – Mów!
Był taki zdenerwowany. Cały kipiał złością. Myślałam, że mnie tam zabije. Mówię na serio. Jeszcze nigdy nie widziałam kogoś w takim stanie. Wyglądał jak w napadzie furii. Nic nie było w stanie go powstrzymać. Przynajmniej ja nie byłam w stanie.
- Gadaj tropicielko, bo jak nie to porozmawiamy inaczej.
„Tropicielko”? O czym on gada? Nie mogłam wydusić słowa. Czułam, że jeśli mnie nie puści to stracę przytomność. Chyba też to zauważył, bo zwolnił uścisk. Opadłam na kolana ciężko dysząc. Łapałam każdy oddech jakby miał być moim ostatnim. Dokładnie to wtedy czułam, że to koniec. Kucnął przy mnie i zaczął się mi przyglądać.
- Jeżeli wszystko powiesz nic ci się nie stanie. – Powiedział już łagodniej.
Jakby przekonując mnie do mówienia. Tylko problem jest w tym, że nie wiem co mu powiedzieć. Zerknęłam na niego kątem oka. On mówił na poważnie. Może mi coś zrobić? W tej chwili naprawdę się przestraszyłam. Moje ciało drżało ze strachu.
- Nie wiem o co ci chodzi…
- Nie to nie. Dałem ci szanse.
Wyciągnął z kieszeni błyszczące ostrze. Przyłożył mi je do gardła, przyciskając jednocześnie do drzewa.
- Może teraz? – Spytał.
Nic już nie mówiłam. Czułam się jak w jakimś cholernym filmie. O co mu chodzi? Patrzyłam tylko na niego błagalnym spojrzeniem. W duchu miałam nadzieję, że to tylko zły sen. Nie wytrzymałam tego. Tego było już za dużo. Do oczu napłynęły mi łzy. Zaszlochałam. Popatrzył w moje oczy.
- Ty naprawdę nic nie wiesz… – Powiedział pod nosem.
Opuścił nóż i schował go. Wstał i zaczął chodzić tam i z powrotem. Wydawał się nad czymś myśleć. Pomyślałam, że to moja jedyna szansa na ucieczkę. Przecież nie mogę czekać na śmierć. Powoli podniosłam się i chwiejąc zaczęłam biec w głąb lasu. Nogi miałam jak z waty. Odmawiały mi posłuszeństwa. Ledwo omijałam kolejne drzewa. Wszystko rozmazywało mi się przed oczami. Nagle zaczepiłam się o wystający korzeń i upadłam.  Nie miałam siły się już podnieść. Ktoś złapał mnie delikatnie i posadził. To Phil. Czego on jeszcze chce?
- Przepraszam, pomyliłem cię z kimś.
Odsunęłam się od niego.
- Zostaw mnie! Idź sobie.
- Uspokój się. – Zbliżył się i objął mnie ramieniem. Próbowałam się mu wyrwać lecz on przytulił mnie mocniej i nie pozwolił się uwolnić. Czułam jak kręci mi się w głowie. Przed oczami robiło mi się ciemno.
- Ty krwawisz. – Usłyszałam jego zaniepokojony głos.
Pamiętam jeszcze tylko ogarniającą mnie ciemność, która z każdą sekundą stawała się coraz większa.

Rozdział 2

Dowiedziałam się, że jest tu nowy. Przyszedł do szkoły około tygodnia temu. Wszystko jasne. Dlatego nigdy wcześniej go nie widziałam. Gdyby chodził tu wcześniej nie przeoczyłabym go. Na pewno bym go zapamiętała. Trochę popytałam i wiem, że często można go spotkać w bibliotece. Mam wszystko czego mi potrzeba. Muszę jeszcze tylko wymyślić jak go podejść. Przecież nie zapytam wprost. A jeśli to tylko moja wyobraźnia? Co wtedy? Zrobię z siebie wariatkę. Musi być jakiś sposób żeby się do niego zbliżyć. Skończyłam lekcje godzinę temu i od tamtej pory snuję się po bibliotece. Jeszcze go nie zobaczyłam. Siadłam więc przy komputerze i weszłam na Facebooka. Kilka nowych zdjęć znajomych, parę zaproszeń. Nic ciekawego. Wyłączyłam komputer i rozsiadłam się w dość niewygodnym krześle. Otwierające się drzwi do biblioteki sprawiły, że przez moje ciało przeszedł dreszcz. Obejrzałam się i zobaczyłam to na co czekałam od dłuższego czasu. Przyszedł. Nareszcie. Już myślałam, że spędzę tu cały dzień. Minął mnie i zniknął za najbliższym regałem książek. Co zrobić? Co zrobić? Wiem! Szybko wzięłam tyle książek ile udźwignęłam i weszłam za chłopakiem. Wybierał jakieś książki. Był tym tak zajęty, że nawet mnie nie zauważył. Nawet lepiej. Poszłam w jego kierunku. Z premedytacją wpadłam na niego upuszczając wszystkie egzemplarze.
- Uważaj jak łazisz! – Krzyknął.
- Ja… ja przepraszam. – Powiedziałam schylając się jednocześnie i zbierając książki z podłogi. Popatrzyłam na niego. Nasz wzrok się spotkał. Uśmiechnął się.
- Ok, wszystko w porządku. – Schylił się i pomógł mi. – Teraz jesteśmy kwita.
- Że co?
- No ja trafiłem cię piłką, ty wpadłaś na mnie z książkami.
- No. – Zaśmiałam się.
- Może ci pomóc? – Spytał.
Kiwnęłam głową. Jeju teraz będę musiała je wszystkie wypożyczyć. Tego nie przewidziałam. To tylko kilka baaardzo grubych encyklopedii. Najważniejsze jest to, że plan się udał. Zwrócił na mnie uwagę. Jestem już coraz bliżej rozwiązania tej sprawy.
- Wszystko wypożyczasz? – Zapytała zaskoczona bibliotekarka.
- Tak.
Już miałam zabierać książki gdy chłopak mnie wyręczył.
- Ja to wezmę. Chyba nie chcemy żebyś jeszcze na kogoś wpadła.
W milczeniu wyszliśmy ze szkoły. Skierował się na parking.
- Gdzie idziemy? – Zadałam pytanie.
- Podwiozę cię do domu. Przecież nie będziesz ich sama niosła.
- No ale…
- Żadne ale. To dla mnie żaden kłopot.
Wyciągnął z kieszeni kluczyki i otworzył czarny kabriolet.
- Proszę – Powiedział trzymając w jednej ręce wszystkie książki i otwierając mi drzwi. Wsiadłam do samochodu, a on wrzucił je na tylne siedzenie.
- Gdzie mieszkasz?
- Osiedle Richtown 112a.
- Ok. Zapnij pasy i trzymaj się mocno.
Ruszyliśmy z piskiem opon. Zwróciło to chyba uwagę całej szkoły. Chciałam przerwać ciszę.
- Pomagasz mi a ja nawet nie wiem jak masz na imię.-  Wypaliłam.
- Phil, a ty?
- Flora.
- Miło mi cię poznać. – Uśmiechnął się pokazując swoje śnieżnobiałe zęby.
Podał mi rękę na znak przywitania. Nagle jego wzrok utkwił na moim znamieniu, które znajdowało się na prawej ręce w okolicy nadgarstka. Jego twarz zbladła i pojawiło się na niej rozczarowanie. Może też zaskoczenie.
- Uważaj! – Krzyknęłam.
Phil puścił moją dłoń. Gwałtownie skręcił w prawo. Samochód zaczął koziołkować i stoczył się z kilkunastometrowej skarpy.