Rozdział 14

- Floro. Wstawaj. – Usłyszałam czyjś głos.
Otworzyłam oczy i zobaczyłam stojącego nade mną Scotta. Słońce świeciło już dość wysoko, więc musi być około południa. Nie możliwe, że tak długo spałam. Dlaczego nie zbudzili mnie wcześniej? Wyprostowałam się. Okolica była przepiękna. Przypominała mi las obok mojego domu. Czułam się tu trochę jak tam, lecz wiedziałam, że jestem daleko od tamtego miejsca. Ciekawe czy rodzice się o mnie martwią. Właściwie to nie są moi rodzice. Od tamtego czasu, gdy Scott mi to wszystko powiedział, nawet nie miałam czasu nad tym spokojnie pomyśleć. Przecież ludzie, których miałam za swoich rodziców nimi nie są. Oszukiwali mnie przez całe życie. Podawali się za kogoś kim tak naprawdę nie są. Co oni sobie myśleli! Że nigdy się nie dowiem? O wszystkim wiedzieli i nie pisnęli nawet słówka. Teraz uświadomiłam sobie, że całe moje życie jest jednym, wielkim kłamstwem. Jeśli ich spotkam to nie będę potrafiła im spojrzeć w oczy i powiedzieć, że ich kocham. W mojej rodzinie często się je wypowiadało, ale teraz nie może mi ono przejść przez gardło. Mama i tato. Jak mam się teraz do nich zwracać? Czy będę potrafiła im wybaczyć? Na pewno nie w tej chwili. Może kiedyś. Ostatnio w moim życiu zmieniło się wszystko. Dosłownie wszystko. Rodzice nie są moimi rodzicami. Szukają mnie jacyś źli ludzie. A w dodatku idę przez las z dwoma chłopakami, których znam od nie dawna. Co to ma być się pytam? Ale sama się o to prosiłam. Mogłam się trzymać z dala od Phila. To wszystko zaczęło się od chwili kiedy go spotkałam. To wszystko wydaje się takie nieprawdopodobne, niesamowite. Aż za bardzo jak dla mnie. Wolałam swoje nudne życie od tego, które mam teraz. Tęsknie z chodzeniem do szkoły, spotkaniami z Kate. Nie sądziłam, że kiedyś zatęsknię za budą. Śmieszne, jak to wszystko się zmienia.
- Flora?
Zobaczyłam machającego mi ręką przed oczami Scotta.
- Co? – Otrząsnęłam się z rozmyślań.
- Wszystko ok?
- Jasne. Jak zawsze. – Odsapnęłam. – Idziemy, czy czekamy nie wiadomo na co?
- Idziemy. – Odparł Phil podnosząc się z ziemi.
Szedł przodem tak jak wcześniej. Las powoli się zmieniał. Drzew było coraz mniej i zastępowały je krzewy i młode drzewka. To dobrze, że w końcu z stąd wychodzimy. Miałam już dość przedzierania się przez ten wbrew pozorom trudny teren. Scott podszedł do mnie bliżej.
- Co się dzieje? – Usłyszałam jego zmartwiony głos.
- Nic.
O co mu chodzi? Po co się mną tak przejmuje. Nie potrzebuję niczyjej litości, a szczególnie jego. Niech da mi spokój. Jeżeli jeszcze nie zauważył, to nie mam ochoty na jakąkolwiek rozmowę, a szczególnie w stylu „czy coś się stało?”.
- Przecież widzę, że coś jest nie tak.
- Daj mi spokój! Nie rozumiesz, że nie chcę z nikim rozmawiać. – Odsapnęłam zirytowana.
- Przestań udawać, że nic się nie dzieje. Myślisz, że łatwo mi patrzeć jak się męczysz?
- Proszę cię tylko o jedno. Nie odzywaj się do mnie więcej, jeśli masz poruszać ten temat! Nie wiesz co czuję!
- Jak mam wiedzieć, jeśli nikomu nic nie mówisz?! – Krzyknął. Złapał mnie za rękę i zatrzymał.
- Zostaw mnie ile razy mam ci to mówić!
- Porozmawiaj ze mną Floro. – Powiedział już łagodniej.
- Nie. – Odparłam. Wyszarpnęłam nadgarstek z jego uścisku i poszłam dalej.
Ale mnie zdenerwował. Jest taki upierdliwy. Czy na moim miejscu miałby ochotę o tym rozmawiać. Moje życie legło w gruzach. Ja… ja nie wiem nawet kim tak na prawdę jestem, a on mi tu pieprzy o jakiejś rozmowie. Niech ją sobie wsadzi nie powiem gdzie i da mi spokój. Wszyscy niech mi dadzą spokój, święty spokój.

Następne rozdziały pojawią się w ostatnim tygodniu wakacji z racji tego, że wyjeżdżam i nie będę miała czasu pisać. Przepraszam i życzę udanych wakacji( raczej dni, które pozostały) Do zobaczenia :*

Rozdział 12

wsz_wodospad_szklarki_4

- Cholera. – Usłyszałam zaniepokojony głos Scotta.
- O co chodzi? – Phil podszedł do niego.
Stali teraz obaj po przeciwnych stronach okna i czegoś wypatrywali. Wyglądali jak w tych filmach szpiegowskich. Mało nie pękłam ze śmiechu. Skradali się tak, jakby ktoś miał ich zobaczyć. Jakby ukrywali się przed czyimś wzrokiem. Powstrzymywałam się od wybuchnięcia śmiechem. Nie zmieniało to faktu, że od ostatniej rozmowy ze Scottem nie rozmawiamy ze sobą. Przekroczył wszelkie granice. Nikt nie może mnie tu trzymać wbrew mojej woli, a szczególnie on.
- Co wy robicie? – Zapytałam rozbawiona tą sytuacją. Chciałam do nich podejść.
- Siedź tam i się nie ruszaj. -Powiedział Scott rozkazującym tonem.
- Co się dzieje?
Nie było mi już do śmiechu. Widziałam po ich minach, że sprawa jest naprawdę poważna. Co chwila wymieniali porozumiewawcze spojrzenia. Zachowywali się cicho. Ja siedziałam na sofie i właśnie przysłuchiwałam się ich rozmowie.
- Co teraz? – Spytał  Phil.
- Musimy stąd uciekać i to jak najszybciej. Oni zaraz tu będą.
- Nie mamy wozu. Jak chcesz niby uciec?
- To nie problem. Pod blokiem jest wiele samochodów. – Uśmiechnął się Scott.
- Chodźmy już.
- Masz rację. Musimy spadać.
Phil podszedł do mnie i pociągnął mnie za sobą w stronę wyjścia. Bez żadnych protestów podążyłam za nim. Wyszliśmy z mieszkania na korytarz prowadzący do windy. W rękach Scotta zobaczyłam pistolet. Ta sytuacja robiła się dla mnie coraz dziwniejsza. Przed kim my uciekamy? Zaczęłam się bać. Nawet obecność chłopaka obok nie dawała mi już poczucia bezpieczeństwa. Cała się trzęsłam. W powietrzu czuć było strach. Mój strach. Chłopcy rozglądali się dookoła lustrując każdy metr korytarza, jakby ci ludzie mieli pojawić się znikąd. Scott szedł kilka kroków przed nami z bronią gotową do strzału. Szedł cicho i ostrożnie tak jak my. Do windy nie było więcej jak dziesięć metrów, ale wtedy ta droga wydawała się wiecznością. Każdy krok pomimo że stawiany jak najciszej zdawał się rozlegać echem po pomieszczeniu. Kiedy nareszcie doszliśmy do windy wcisnęliśmy guzik  i czekaliśmy, aż przyjedzie. Po chwili drzwi się otworzyły i weszliśmy do środka. Kiedy winda już się zamykała na korytarzu dostrzegłam dwóch mężczyzn, może chłopaków, którzy wbiegają do mieszkania, z którego wcześniej wyszliśmy. Nie wyglądali na przyjaźnie nastawionych. Na głowach mieli kaptury, więc nie mogłam zobaczyć ich twarzy. Na sam ich widok po moim ciele przebiegły ciarki. W końcu zaczęliśmy jechać w dół.
- Kto to był? – Spytałam przerażona.
- Teraz to nie ważne. Musimy się stąd wydostać. – Odparł Scott.
Już o nic nie pytałam. Nie chciałam, żeby wiedzieli jak bardzo się boję, a gdybym wymówiła chociaż jedno słowo drżącym głosem na pewno by to odkryli. Zatrzymaliśmy się i drzwi się otworzyły. Wyszliśmy ostrożnie i zobaczyliśmy wyjście. Szybko pobiegliśmy w jego stronę.
- Za mną. – Szepną cicho Scott, ale tak, żebyśmy mogli go usłyszeć.
Podążyliśmy za nim. Kierował się w stronę czarnego BMW. Schowaliśmy się za najbliższym samochodem, a on próbował otworzyć wspomniany już wcześniej samochód. Phil rozglądał się dookoła nerwowo. Przez cały czas odkąd wyszliśmy z mieszkania trzyma mnie za rękę. Nawet na chwilę jej nie puścił. Czułam teraz jego mocny uścisk. Usłyszałam otwierane drzwi i głos Scotta.
- Wsiadajcie.
Chłopak siadł za kierownicą, a Phil na miejscu pasażera obok niego. Mi natomiast nie pozostało nic innego jak siąść z tyłu.
- Powiecie mi wreszcie o co chodzi?! – Spytałam poirytowana.
- Wszystko ci powiem, ale jak będziemy bezpieczni. Zapnijcie pasy.
Ruszyliśmy z piskiem opon. Co on robił? Mieliśmy uciec, a nie zwracać na siebie uwagę. Popatrzyłam w tylną szybę. Nieznajomi mężczyźni stojący pod blokiem ruszyli za nami w pościg. Wyjechaliśmy na główną drogę. Scott jeszcze przyśpieszył. Jechaliśmy mijając kolejne samochody stojące nam na drodze jednak nie dawali za wygraną. Siedzieli nam na ogonie. Nie dali się zgubić. Podążali za nami jak cień za swoim właścicielem. Chłopak skręcił w boczną ulicę, prowadzącą w głąb lasu. Samochód podskakiwał na nierównościach. „On chyba chce nas zabić”. Pomyślałam. Drzewa rozmazywały mi się przed oczami. Droga robiła się coraz węższa. Jednak samochód wciąż jechał za nami.
- Scott, droga się kończy… – Usłyszałam głos Phila.
- Szlag! Czego nikt mi nie powiedział, że to ślepa uliczka?! – Wrzasnął.
Nagle samochód zaczął hamować i zatrzymał się. Jesteśmy skończeni. Koniec drogi. Co za pech. Nie wiem co zrobimy. Jesteśmy w pułapce. Wokół tylko las. Nie mamy dokąd uciec. Mają nas. Na pewno źle się to dla nas skończy. Samochód zatrzymał się tuż za nami. Usłyszałam otwierane drzwi. Obróciłam się i zobaczyłam dwóch mężczyzn podążających w naszym kierunku. Szybko odwróciłam wzrok. Moje serce przyśpieszyło. Czułam, że zaraz wyskoczy mi z piersi. Ręce zaczęły mi się pocić. Drzwi po moich obu stronach otworzyły się.
- Wysiadaj. – Rozkazał jeden z mężczyzn.
Ja jednak ani drgnęłam. Siedziałam tak nieruchomo patrząc to na jednego, to na drugiego. Nie byli dużo starsi ode mnie. Wyglądali na około dwadzieścia lat. Obaj mieli ciemne włosy i śniadą cerę. Ubrani byli w ciemne jeansy i skórzane kurtki. Nie wyglądali na miłych.
- Wyłaź! Słyszysz?! – Wrzasnął drugi.
Nic. Dlaczego chłopcy siedzieli bezczynnie i nic nie robili? Pozwolą im mnie zabrać? Jeden z mężczyzn złapał mnie za rękę i wyciągnął siłą z auta. Krzyczałam, ale on zatkał mi buzię ręką. Szarpałam się, a on jakby nic sobie z tego nie robił i ciągnął mnie w stronę samochodu.
- Zostaw ją Taurusie! – Krzyknął Scott.
Ten odepchnął mnie na bok tak, że przewróciłam się na ziemię i zwrócił się do niego.
- Nie wtrącaj się Scott. Już i tak za bardzo nam przeszkodziłeś.
- To nie był prośba.
Wyciągnął broń i bez najmniejszego zawahania postrzelił go prosto w głowę. Ten przewrócił się i zamarł w bezruchu. Dalej zobaczyłam Phila bijącego się z tym drugim chłopakiem. Rzucił nim o maskę samochodu, która wgniotła się pod jego ciężarem.
- Musimy uciekać. Zaraz odzyskają przytomność. – Powiedział Scott pomagając mi wstać.
Wbiegliśmy w las podążając nie wiadomo w jakim kierunku. Mijaliśmy kolejne drzewa, które wyglądały tak samo jak pozostałe. Wydawało mi się, że stoimy w miejscu. Wszystko wydawało się takie same. Chłopcy narzucili strasznie szybkie tempo. Ledwo za nimi nadążałam. Nogi odmawiały mi już posłuszeństwa. Nagle przed nami wyrosła przepaść. W ostatniej chwili się zatrzymaliśmy, bo wpadlibyśmy prosto do wody płynącej kilkanaście metrów niżej. Gdyby nie okoliczności w jakich się znaleźliśmy byłoby tu bardzo pięknie. Nieopodal znajdował się wodospad, z którego woda spadała kaskadami. Teraz to się nie liczyło. Właśnie ten piękny wodospad odciął nam drogę ucieczki. Za nami było słychać odgłosy pogoni. Chyba przyszli ich kumple, bo głosy wydawały się dochodzić z każdej możliwej strony.
- Otaczają nas. – Stwierdził Phil.
- Dobra, nie mamy innego wyjścia. Skaczemy. – Usłyszałam Scotta.
- Cooo? – Popatrzyłam na niego z szeroko otwartymi oczami.
Nie zdążyłam już nic powiedzieć, ani zaprotestować. Scott skoczył pierwszy i zobaczyłam jak znika w błękitnej toni, a za chwilę się wynurza. Phil objął mnie w tali i pociągnął za sobą w dół.

Rozdział 11

92897_krople-pajeczyna-wody
Dzięki temu, że wczoraj wszystko się wyjaśniło jestem spokojniejsza. Wiem, że mogę mu już zaufać i w jego obecności czuję się bezpiecznie. Ogólnie jest mi tutaj dobrze, ale zastanawia mnie jedna sprawa. Jeżeli ja jestem tu, to wychodzi na to, że nie było mnie w domu od ponad tygodnia. Co myślą rodzice i czy się martwią? A jeśli zadzwonili na policję, że zaginęłam. Zastanawiało mnie to i nawet ja zaczęłam się teraz martwić. Wyszłam do szkoły i już nie wróciłam jak to wyglądało. Scott jeszcze się nie obudził, ale Phil mówił, że to tylko kwestia czasu. Jego organizm musi się zregenerować i nabrać sił, a najlepiej dzieje się to podczas snu. Miał rację, bo gdy zmienialiśmy mu opatrunek to rana się już zabliźniła. Niesamowite! To dlatego chodziłam już po tygodniu, a miałam przecież złamane żebro. Normalny człowiek musiałby leżeć około trzech, czyli trzy razy więcej. Phil oglądał telewizję. Usiadłam obok niego i obróciłam się w jego stronę,
- Muszę o coś zapytać.
- No co tam? – Siadł na przeciwko mnie.
- Nie było mnie w domu od tygodnia, no i… Czy dla moich rodziców to nie jest dziwne? – Spytałam.
- Aaa o to chodzi. To załatwione, nie musisz się martwić. Dziwne, że dopiero teraz o to zapytałaś.
- Załatwione? Niby jak?
- Nie wiem czy ja mogę ci o tym powiedzieć…
- Dlaczego? O co chodzi? – Spytałam zdezorientowana.
- Lepiej jak Scott ci to powie. Niedługo się obudzi i wszystkiego się dowiesz.
- Czego się dowiem?
- Nie pytaj, bo ode mnie i tak nic już nie wyciągniesz.
- Dobra. – Powiedziałam obrażona i skrzyżowałam ręce.
- Oj przeeestań… Nie obrażaj się. – Zrobił minę słodkiego szczeniaczka.
- To na mnie nie działa. – Byłam nie ugięta.
Rzucił się na mnie przewracając na plecy. Teraz leżał na mnie i uśmiechał się.
- Będę cię torturował, dopóki mi nie wybaczysz.
Zaczął mnie łaskotać. Co on wymyślił. Ja mam takie straszne łaskotki, a on to jeszcze perfidnie wykorzystuje. Głupek. Śmiałam się tak głośno, że chyba było mnie słychać w całym mieszkaniu.
- Przestań. – Powtarzałam śmiejąc się cały czas.
- Wybaczysz?
- Tak, tylko przestań już.
Nachylił się nade mną i szepną:
- Ze mną się nie zadziera.
- Widzę, że świetnie się bawicie. – Usłyszałam otwieraną lodówkę.
Phil szybko ze mnie zszedł i usiedliśmy na kanapie jak gdyby nic, cały czas się poszturchując. Scott wyciągnął mleko i pił je teraz prosto z butelki oparty o blat. Był tylko jeansach. Zdjął już opatrunek i ku mojemu zdziwieniu po ranie nie było śladu.
- Dobrze, że się obudziłeś, bo mam do ciebie pytanie. – Zwróciłam się do niego.
- To ja was zostawię. Będę za godzinę. – Powiedział Phil i szybko wyszedł.
- O co chodzi Scott?
- Z czym?
- Z moimi rodzicami. On nie chciał mi nic powiedzieć.
Blondyn zakręcił butelkę i odstawił ją. Podszedł i usiadł koło mnie. Otwierał usta i z powrotem je zamykał, jakby chciał coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili się powstrzymywał. W końcu zaczął.
- Twoi rodzice… tak na prawdę nimi nie są.
- Co?
- Twoi biologiczni rodzice byli najlepszymi łowcami w bractwie. Było to dokładnie siedemnaście lat temu, ale kiedy dowiedzieli się co planuje Venom chcieli odejść. On nie pozwolił im na to. Kazał im nadal wykonywać swoją pracę. Niedługo później urodziłaś się ty. Bali się, że Venom bedzie chciał ci coś zrobić. Albo wykorzysta cię do zmuszenia twoich rodziców, żeby dalej dla niego pracowali. Postanowili oddać cię pod opiekę swoim znajomym – zwykłym śmiertelnikom. Czuli, że pod ich opieką nie będziesz bezpieczna. Venom jakimś sposobem dowiedział się o twoim istnieniu i próbował wyciągnąć od nich informację gdzie jesteś. Według przepowiedni w dniu, w którym się urodziłaś miało urodzić się jakieś wyjątkowe dziecko. Chciał je mieć za wszelką cenę, lecz twoi rodzice milczeli. Wkrótce zostali… zabici.
- Co ty wygadujesz? To są jakieś żarty, prawda? – Spytałam zszokowana.
- Nie, to nie są żarty. A co do rodziców, których znasz. O wszystkim wiedzieli. Wiedzieli kim jesteś, kim są twoi rodzice. To od nich wiem to wszystko. Mimo to zgodzili się tobą opiekować i wychowywali jako własną córkę. Byłem u nich i wszystko im powiedziałem, więc nie musisz się o nich martwić. Wiedzą, że jesteś bezpieczna, a teraz dla nich i dla ciebie bezpieczniej będzie jeżeli zostaniesz tutaj. Tu nic ci się nie stanie. Jestem ja i Phil. Jesteś bezpieczna. W domu byłabyś zupełnie bezbronna. Oni też tak uważają.
- Bezpieczna? O co chodzi?
- Wcześniej nie wiedziałem kim dokładnie jesteś, a teraz wszystko się zmieniło. Dlatego nie chciałem zabierać cię na poszukiwania. Venom cię szuka. Robi to od dawna, od kiedy dowiedział się o twoim istnieniu. Dziwne, że do tej pory cię nie znalazł. Miałaś ogromne szczęście. Teraz najważniejsze, żebyś nie rzucała się w oczy. Musisz tu zostać.
Co? Niby ile mam tu siedzieć? Przecież miałam ci pomagać?!
- Miałaś, ale wszystko się zmieniło! Nie rozumiesz tu chodzi o twoje życie! – Złapał mnie za ramiona i potrząsnął mną. – Rozumiesz?
- Nie, nie rozumiem! Nie możesz mnie tu trzymać. Będę chciała to sama wyjdę! – Krzyczałam zdenerwowana.
- Nigdzie nie wyjdziesz. Już ja tego dopilnuję. – Powiedział stanowczym głosem.

Rozdział 10

balony-morze-gory

Rozdział 10
Czułam się już dużo lepiej. Od feralnego wypadku minął tydzień. Spędziłam go odpoczywając. Nawet gdy chciałam coś zrobić chłopcy mi nie pozwalali. Opiekowali się mną. Wydaje mi się, że Phil czuł się winny za to co się stało. Obwiniał się. Co chwila pytał czy czegoś nie potrzebuje. Gotował obiadki, robił kanapki. Przesadzał, ale gdy mu to tłumaczyłam nie dawał się przekonać. Zawsze był dla mnie miły, aż za miły. Powoli zaczynałam mieć tego dosyć. Ileż można. Nie ukrywam, było to miłe, ale bez przesady. Chodziłam tylko z kąta w kąt nie wiedząc co ze sobą zrobić. Miałam odpoczywać. No okej. Lecz ile można leżeć w łóżku, siedzieć na kanapie i oglądać telewizję? Nie przesadzajmy. Tydzień to za długo. W tym czasie Scott był bardzo zajęty. Szukał ich, ale bez żadnego skutku. Nie często go widziałam. Przychodził tylko spytać jak się czuję i zdać relację ze swoich poszukiwań. Sądzę, że nie do końca ufa Philowi i również dlatego przychodzi. Sprawdza czy wszystko ze mną w porządku i od razu wychodzi. Relacje między chłopakami są dość napięte. Czuć to gdy przebywają w jednym pomieszczeniu. Bójka wisi wtedy w powietrzu. Nie wiem dlaczego się tak nienawidzą. Podobno wszystko sobie wyjaśnili. Podobno. Najgorsze jest to, że Scott ma marne szanse sam ich znaleźć, bo tylko ja mogę ich zobaczyć. On natomiast czuje ich obecność, potrafi wyczuć ich zapach. Razem było by łatwiej, ale on nie chce o tym słyszeć. Przynajmniej na razie. „Pójdziesz ze mną jak wyzdrowiejesz. I ja o tym zadecyduję”. To jego słowa. Nienawidzą się, a zarazem są do siebie tak podobni. Uparci. Dosłownie jak dwa osły. Nie da się z nimi wytrzymać. A w dodatku zawsze muszą postawić na swoim. Dobra wróćmy do poszukiwań Scotta. Trafiał czasami na normalnych ludzi i napotykał ich zdziwione spojrzenia. Jeden mało nie zadzwonił na policję, bo na niego za bardzo naciskał. Gdy nam to opowiadał śmialiśmy się razem z Philem do łez. Ale z drugiej strony wtedy to mielibyśmy przechlapane. Jeszcze psów nam tylko brakuje. Jednak on był taki uparty i nie dawał za wygraną. Nie wiem co chciał tym udowodnić. Próbowałam przekonać go z milion razy, że jak będzie ze mną lepiej to poszukamy razem. Chciałam nawet z nim iść, ale nie chciał mnie wypuścić z mieszkania, a Phil trzymał wtedy jego stronę. Siedziałam teraz przy wyspie jedząc spaghetti, które przygotował Phil. Wcześniej nie wiedziałam, że tak świetnie gotuje.
- Ty nie jesz? – Spytałam.
- Nie jestem głodny, ale ty sobie nie przeszkadzaj. – Powiedział uśmiechając się do mnie.
Gdy skończyłam poszłam wziąć szybki prysznic. Pozwoliłam, aby woda spływała po moim ciele. Kochałam spędzić czas pod prysznicem. Tam na chwilę mogłam być sama ze swoimi myślami. Nikt się mną nadmiernie nie opiekował. Ostatnio w łazience spędzałam, więc bardzo dużo czasu. Zadzwonił dzwonek do drzwi. Usłyszałam jak drzwi się otwierają i Phil klnie pod nosem. Słychać też było czyjeś jęki. Szybko wyskoczyłam spod prysznica, wytarłam włosy i ubrałam się. Wbiegłam na korytarz i to co zobaczyłam naprawdę mną wstrząsnęło. Scott leżał na podłodze, a z jego brzucha sączyła się ciemnoczerwona krew. Wyglądało to strasznie. Na jedno koszulce widniała czerwona plama. Poza tym miała jeszcze kilka siniaków.
- Co się stało?! – Podbiegłam klękając przy nim. Objęłam jego głowę dłońmi. – Scott, co się stało?!
Z jego ust wyszło tylko jedno słowo „znalazłem”. Złapał mnie za rękę i uśmiechnął się, pokazując swoje zęby. Jego powieki powoli się zamykały.
- Nie zasypiaj słyszysz! – Mówiłam do niego ciągle.
Jednak to nic nie dało. Jego ręka opadła bezwładna.
- Pomóż mu! – Rozkazałam.
- Uspokój się. Nic mu nie będzie. – Powiedział Phil ze spokojem.
Jak on może być taki spokojny. Przecież on może umrzeć! Wykrwawi się na śmierć. Jego rana wyglądała naprawdę głęboko, a on nic sobie z tego nie robił. Wokół niego było pełno krwi, a on sądzi, że nic mu nie będzie.
- Przecież on umrze! – Wrzasnęłam.
- Nie umrze. Przestań histeryzować. – Powiedział tym samym spokojnym tonem i odszedł.
- Gdzie ty idziesz?!
Wrócił chwilę później z miską wody i bandażami. Rozerwał mu koszulkę i oczyścił ranę. Opatrzył czystym bandażem. Robił to tak sprawnie, że mnie to zdziwiło. Wyglądało jakby nie robił tego pierwszy raz. Przeniósł go na kanapę. Później wrócił do mnie i zmył krew z podłogi. Popatrzył na mnie.
- Spokojnie. Scott ci nie mówił?
- O czym? – Spytałam zdziwiona.
- Że wasze rany goją się kilka razy szybciej niż normalnych ludzi.
- Serio?
- Tak. Taka rana nie zagraża jego życiu. Jutro, czy pojutrze będzie jak nowy.
Nagle wszystko sobie przypomniałam. Wypadek. Phil wyszedł z niego bez szwanku. Bez małego zadrapania. Groził mi. Dlatego cały czas miałam taką lukę w pamięci, jakby brakowało mi jakiegoś dnia. To dlatego nie pamiętałam piątku. Bo wtedy wydarzył się ten wypadek. Jak znalazłam się wtedy w domu? Nie pamiętam, żebym do niego wracała. Co się stało, że nie pamiętałam tamtego dnia? Te i wiele innych pytań nasuwało mi się wtedy do głowy. Wszystko się teraz wyjaśniło. Dlatego cały cza czułam się w jego towarzystwie nie swojo. Czułam, że muszę uciekać, bez żadnej przyczyny. Zamarłam. Myśli pochłonęły całą moją uwagę. Nie mogłam się poruszyć. On był tak blisko mnie. Dzieliło nas kilka kroków. Nie mogłam oderwać od niego swojego przerażonego wzroku. Jakąś minutę nie zwracał na mnie uwagi, ale w końcu nasze spojrzenia się spotkały. Coś wewnątrz mnie kazało mi natychmiast stamtąd uciekać. Spojrzałam w stronę drzwi, to znowu na niego. On nie spuszczał, ze mnie oczu. Kilka metrów dzieliło mnie od jedynej drogi ucieczki. W jednej chwili zerwałam się z podłogi. Podbiegłam do drzwi. Już wyciągałam rękę w stronę klamki, gdy złapał mnie za rękę.
- Zostaw mnie! – Chciałam wyszarpnąć rękę z jego uścisku, lecz on nie chciał mnie puścić.
- To wszystko nie tak jak myślisz. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że o niczym nie wiesz. Myślałem, że mnie tropisz.
- Wypuść mnie!
- Nigdzie cię nie puszczę.
Odepchnął mnie do salonu, a sam zamknął drzwi na klucz. Usłyszałam tylko trzask przekręcanego zamku.
- Co ty robisz? – Spytałam przestraszona.
- Zamykam drzwi. Nie widać? – Pokazał mi klucz i schował do kieszeni spodni.
Zaczął iść w moją stronę. Kiedy dawał krok w moją stronę ja cofałam się o jeden w tył i tak ciągle, dopóki moje plecy nie spotkały się ze ścianą. Nie mam już dokąd uciec. Z każdą chwilą był coraz bliżej. Zatrzymał się krok przede mną. Tak, że czułam jego oddech na swojej twarzy. Przez moje ciało przebiegł dreszcz, rozsiewając po nim nieprzyjemne zimno. Nie miałam odwagi popatrzeć w górę,  w jego oczy. Cyba to wyczuł. Podniósł mój podbródek do góry, żebym na niego spojrzała.
- Sądzisz, że mógłbym ci coś zrobić? – Spytał.
Nic nie odpowiedziałam. Co mu miałam powiedzieć? „Tak, tak właśnie sądzę”. W jego oczach zobaczyłam swoje przerażone odbicie.
- Floro, przestań. Czy ty naprawdę tak myślisz. – Kontynuował. – Ja… nie wiem jak to powiedzieć… Gdy jesteś blisko czuję, że tak powinno już być. Chcę cię chronić, opiekować się tobą. Wiem, do tej pory to ja byłem zagrożeniem dla ciebie i czułem, że nie masz do mnie zaufania. Tak samo zresztą twój kolega. Mniejsza z tym. Chcę po prostu powiedzieć, że… – Odchrząknął. – Bardzo cię lubię. Nawet nie wiesz jak bardzo.
Ostatnie zdanie powtórzył szeptem, ale i tak je słyszałam. Na mojej twarzy pojawił się nikły uśmiech. Też go lubię. Może nawet coś więcej. Do tej pory się go bałam, ale teraz wiem, że naprawdę mogę mu zaufać. Nie powiem, że mi się nie podoba. Wręcz przeciwnie. Jest bardzo przystojny i w moim guście. Kiedy zobaczyłam go pierwszy raz serce waliło mi jak młot i słowa grzęzły mi w gardle. Pamiętam to jak dzisiaj. Przysunął się do mnie bliżej. Tak, że nasze ciała niemal się stykały. Pochylił się i podniósł mój podbródek wyżej. Jego twarz zbliżała się coraz bardziej, aż nasze usta się spotkały. Całował mnie powoli, potem coraz mocniej. Objęłam go za szyję i odwzajemniłam jego pocałunek. Nasze pocałunki były coraz bardziej namiętne. Jego ręce zaczęły błądzić po moim ciele. Pocałunki przeniosły się na szyję, później dekolt.
- Hej. – Usłyszałam głos za plecami Phila i w mgnieniu oka odepchnęłam go od siebie.
To Scott. Stał w progu pokoju i się nam przyglądał.