Rozdział 14

- Floro. Wstawaj. – Usłyszałam czyjś głos.
Otworzyłam oczy i zobaczyłam stojącego nade mną Scotta. Słońce świeciło już dość wysoko, więc musi być około południa. Nie możliwe, że tak długo spałam. Dlaczego nie zbudzili mnie wcześniej? Wyprostowałam się. Okolica była przepiękna. Przypominała mi las obok mojego domu. Czułam się tu trochę jak tam, lecz wiedziałam, że jestem daleko od tamtego miejsca. Ciekawe czy rodzice się o mnie martwią. Właściwie to nie są moi rodzice. Od tamtego czasu, gdy Scott mi to wszystko powiedział, nawet nie miałam czasu nad tym spokojnie pomyśleć. Przecież ludzie, których miałam za swoich rodziców nimi nie są. Oszukiwali mnie przez całe życie. Podawali się za kogoś kim tak naprawdę nie są. Co oni sobie myśleli! Że nigdy się nie dowiem? O wszystkim wiedzieli i nie pisnęli nawet słówka. Teraz uświadomiłam sobie, że całe moje życie jest jednym, wielkim kłamstwem. Jeśli ich spotkam to nie będę potrafiła im spojrzeć w oczy i powiedzieć, że ich kocham. W mojej rodzinie często się je wypowiadało, ale teraz nie może mi ono przejść przez gardło. Mama i tato. Jak mam się teraz do nich zwracać? Czy będę potrafiła im wybaczyć? Na pewno nie w tej chwili. Może kiedyś. Ostatnio w moim życiu zmieniło się wszystko. Dosłownie wszystko. Rodzice nie są moimi rodzicami. Szukają mnie jacyś źli ludzie. A w dodatku idę przez las z dwoma chłopakami, których znam od nie dawna. Co to ma być się pytam? Ale sama się o to prosiłam. Mogłam się trzymać z dala od Phila. To wszystko zaczęło się od chwili kiedy go spotkałam. To wszystko wydaje się takie nieprawdopodobne, niesamowite. Aż za bardzo jak dla mnie. Wolałam swoje nudne życie od tego, które mam teraz. Tęsknie z chodzeniem do szkoły, spotkaniami z Kate. Nie sądziłam, że kiedyś zatęsknię za budą. Śmieszne, jak to wszystko się zmienia.
- Flora?
Zobaczyłam machającego mi ręką przed oczami Scotta.
- Co? – Otrząsnęłam się z rozmyślań.
- Wszystko ok?
- Jasne. Jak zawsze. – Odsapnęłam. – Idziemy, czy czekamy nie wiadomo na co?
- Idziemy. – Odparł Phil podnosząc się z ziemi.
Szedł przodem tak jak wcześniej. Las powoli się zmieniał. Drzew było coraz mniej i zastępowały je krzewy i młode drzewka. To dobrze, że w końcu z stąd wychodzimy. Miałam już dość przedzierania się przez ten wbrew pozorom trudny teren. Scott podszedł do mnie bliżej.
- Co się dzieje? – Usłyszałam jego zmartwiony głos.
- Nic.
O co mu chodzi? Po co się mną tak przejmuje. Nie potrzebuję niczyjej litości, a szczególnie jego. Niech da mi spokój. Jeżeli jeszcze nie zauważył, to nie mam ochoty na jakąkolwiek rozmowę, a szczególnie w stylu „czy coś się stało?”.
- Przecież widzę, że coś jest nie tak.
- Daj mi spokój! Nie rozumiesz, że nie chcę z nikim rozmawiać. – Odsapnęłam zirytowana.
- Przestań udawać, że nic się nie dzieje. Myślisz, że łatwo mi patrzeć jak się męczysz?
- Proszę cię tylko o jedno. Nie odzywaj się do mnie więcej, jeśli masz poruszać ten temat! Nie wiesz co czuję!
- Jak mam wiedzieć, jeśli nikomu nic nie mówisz?! – Krzyknął. Złapał mnie za rękę i zatrzymał.
- Zostaw mnie ile razy mam ci to mówić!
- Porozmawiaj ze mną Floro. – Powiedział już łagodniej.
- Nie. – Odparłam. Wyszarpnęłam nadgarstek z jego uścisku i poszłam dalej.
Ale mnie zdenerwował. Jest taki upierdliwy. Czy na moim miejscu miałby ochotę o tym rozmawiać. Moje życie legło w gruzach. Ja… ja nie wiem nawet kim tak na prawdę jestem, a on mi tu pieprzy o jakiejś rozmowie. Niech ją sobie wsadzi nie powiem gdzie i da mi spokój. Wszyscy niech mi dadzą spokój, święty spokój.

Rozdział 13

blue-girl-in-water

 

 

 

 

 

Cała ociężała wyczołgałam się na brzeg. Ubrania nasiąkły wodą i były strasznie ciężkie. Kaszlałam, próbując pozbyć się wody z płuc. Obróciłam się na plecy ciężko oddychając. Byłam wyczerpana. Przez kilkanaście minut walczyłam z silnym nurtem rzeki. Prąd co chwila wciągał mnie pod wodę pozbawiając dostępu do powietrza. Chłopcy zginęli mi z pola widzenia już wcześniej. Teraz jestem sama. Wokół mnie jest las. Zastanawiam się jak stąd wyjdę. Muszę znaleźć Scotta i Phila. To jest teraz najważniejsze. Podniosłam się i rozejrzałam po okolicy. Jedyna droga jaką mogłam obrać to las. Niedobrze. Tam ciężko się nam będzie odnaleźć. Zostać też nie mogę. Może nas szukają. Stwierdziłam, że pójdę przed siebie. Tak po prostu. W końcu przecież gdzieś wyjdę. Weszłam w głąb lasu. Zaczęłam iść w nieznanym kierunku. Przechodziłam przez powalone pnie zagradzające mi drogę. Szłam już tak kilka godzin, gdy nagle usłyszałam jakieś głosy. Nie wiem, z której strony dochodziły. Na ich dźwięk podskoczyłam ze strachu. Stałam rozglądając się dookoła. Wypatrując kogokolwiek. Jednak nikogo nie zobaczyłam. „To pewnie tylko moja wyobraźnia”. Pomyślałam. Nie zastanawiając się nad tym dalej, skierowałam się naprzód. Kilka kroków dalej usłyszałam trzaśnięcie gałęzi. Odruchowo obróciłam się i zobaczyłam chłopaków. Rzuciłam się im w ramiona.
- Myślałam, że was nie znajdę. – Mówiłam spanikowana.
- Już dobrze. – Uspokajał mnie Phil, przytulając mocniej.
- Co teraz zrobimy? – Spytałam.
- Idziemy do Daniela. – Odparł Phil.
- To jego znajomy. – Wtrącił Scott.
- Ale… po co?
- On nam pomoże. Ukryjemy się u niego przez jakiś czas.
Nie miałam ochoty już dalej ciągnąć tej rozmowy. Byłam wyczerpana i zmęczona. Chciałam tylko znaleźć się jak najdalej stąd. Fakt, że nie znałam tego „kolegi”, ale było mi już obojętne gdzie pójdziemy. Postanowiłam zaufać Philowi. Jeśli sądzi, że tam będziemy bezpieczni to tak będzie. Nawet Scott nie protestował. Nie wyglądał oczywiście na zadowolonego, ale było widać, że nie ma innego pomysłu.
- Jeśli utrzymamy dość szybkie tempo to dotrzemy tam pojutrze. – Powiedział Phil, odwracając się do nas.
Szedł przed nami utrzymując równe tempo marszu. Scott trzymał się obok mnie i cały czas rozglądał się dookoła. Czułam, że jest niespokojny. Powoli zaczęło się ściemniać. Słońce chyliło się ku zachodowi. W lesie robiło się coraz straszniej. Słychać było różne odgłosy. Na każdy z nich cała drżałam.
- Zostaniemy tu na noc. – Nagle usłyszałam głos z przodu.
Myślałam, że się przesłyszałam. Tutaj! On chyba sobie żartował. Już wolę iść całą noc niż tutaj zostać.
- Co? – Spytałam podniesionym głosem.
- Zostajemy tu. – Powtórzył.
Popatrzyłam porozumiewawczo na Scotta. On tylko popatrzył na mnie chwilę i podszedł do Phila stojącego przed nami. Rozmawiali przez chwilę szeptem. Jestem ciekawa o czym, bo nic nie mogłam usłyszeć. Blondyn skinął na mnie ręką. Podeszłam więc do nich.
- O co chodzi?
- Nie możemy iść dalej. W nocy to będzie zbyt niebezpieczne. Przenocujemy tu, ale nie możemy rozpalić ogniska. – Phil wypuścił powietrze. – Pomimo tego, że jesteśmy już dość daleko, wolę nie ryzykować.
Super. Nie dość, że będziemy spać w lesie to jeszcze nie możemy rozpalić durnego ogniska. Nie mamy nic. Żadnych kocy, cieplejszych ubrań. Nawet jedzenia, a od kilku godzin burczy mi w brzuchu. Nic nie mówiłam, bo nie chcę sprawiać większych kłopotów. Okazało się przecież, że to ja jestem ich przyczyną. To wszystko moja wina. To przeze mnie nas gonili. Dlatego staram się jak najmniej narzekać. W sumie jest mi to już obojętne. Czy będziemy spać tutaj, czy pójdziemy dalej. Chociaż potrzebuję trochę odpoczynku. Opadłam na ziemię i oparłam się o drzewo.
- Możemy zostać. – Powiedziałam zmęczonym głosem.
- Dobrze, więc postanowione. – Stwierdził Phil i usiadł obok mnie.
Scott też usiadł blisko nas. Nie pozostało nam nic innego jak spróbować zasnąć. Co wcale nie jest łatwe w takim otoczeniu. Z każdą chwilą robiło się coraz zimniej. Pomimo tego, że jest lipiec, nie jest jakoś gorąco. Wprost przeciwnie. Wiejący wiatr jeszcze potęguje uczucie zimna. Mam na sobie tylko jeansy i bluzkę z krótkim rękawem, więc nie jest mi za gorąco. Mówiłam już, że nie mogę zasnąć? Siedzę i wpatruję się w skrawki nieba widoczne pomiędzy poruszanymi wiatrem koronami drzew. Jest piękne. Chyba jeszcze nigdy nie widziałam na niebie tylu gwiazd. Jedna z nich świeci najmocniej. To na pewno gwiazda polarna. Z rozmyślań wyrwało mnie chrapanie Scotta. Jeju jak on głośno chrapie! Nie słychać nawet własnych myśli. Popatrzyłam na Phila. On też śpi. Jak oni mogli zasnąć. Wygląda na to, że szykuje się długa, samotna noc. I na pewno nie zasnę przy tym hałasie, który wywołuje blondyn. Jutro sobie z nim porozmawiam. Uśmiechnęłam się sama do siebie. Postanowiłam ich nie budzić, bo pewnie są zmęczeni. Chociaż byłoby miło gdyby któryś z nich chciał mi dotrzymać towarzystwa. Usłyszałam jakiś dziwny odgłos. Jakby jakieś kroki. Może nie. Czy to mi się tylko wydaje? Znowu ten odgłos. Dziwne. Powoli podniosłam się i bezszelestnie skierowałam w jego stronę. Księżyc dawał wystarczająco dużo światła, aby widzieć w tym mroku. Rozejrzałam się po okolicy jednak nic nie zauważyłam. Wszystko wydawało się normalnie. Zobaczyłam jakiś cień przebiegający obok mnie. Szybko odwróciłam się w kierunku, w którym pobiegła postać. Już jej tam nie było. Stałam nie poruszając się. Serce waliło mi coraz mocniej. Co się dzieje? Jestem tylko zmęczona i głodna. Prześpię się trochę i mi przejdzie. Skierowałam się w stronę chłopaków. Usiadłam na wcześniej zajmowanym przeze mnie miejscu i usnęłam.

Następne rozdziały pojawią się w ostatnim tygodniu wakacji z racji tego, że wyjeżdżam i nie będę miała czasu pisać. Przepraszam i życzę udanych wakacji( raczej dni, które pozostały) Do zobaczenia :*

Rozdział 12

wsz_wodospad_szklarki_4

- Cholera. – Usłyszałam zaniepokojony głos Scotta.
- O co chodzi? – Phil podszedł do niego.
Stali teraz obaj po przeciwnych stronach okna i czegoś wypatrywali. Wyglądali jak w tych filmach szpiegowskich. Mało nie pękłam ze śmiechu. Skradali się tak, jakby ktoś miał ich zobaczyć. Jakby ukrywali się przed czyimś wzrokiem. Powstrzymywałam się od wybuchnięcia śmiechem. Nie zmieniało to faktu, że od ostatniej rozmowy ze Scottem nie rozmawiamy ze sobą. Przekroczył wszelkie granice. Nikt nie może mnie tu trzymać wbrew mojej woli, a szczególnie on.
- Co wy robicie? – Zapytałam rozbawiona tą sytuacją. Chciałam do nich podejść.
- Siedź tam i się nie ruszaj. -Powiedział Scott rozkazującym tonem.
- Co się dzieje?
Nie było mi już do śmiechu. Widziałam po ich minach, że sprawa jest naprawdę poważna. Co chwila wymieniali porozumiewawcze spojrzenia. Zachowywali się cicho. Ja siedziałam na sofie i właśnie przysłuchiwałam się ich rozmowie.
- Co teraz? – Spytał  Phil.
- Musimy stąd uciekać i to jak najszybciej. Oni zaraz tu będą.
- Nie mamy wozu. Jak chcesz niby uciec?
- To nie problem. Pod blokiem jest wiele samochodów. – Uśmiechnął się Scott.
- Chodźmy już.
- Masz rację. Musimy spadać.
Phil podszedł do mnie i pociągnął mnie za sobą w stronę wyjścia. Bez żadnych protestów podążyłam za nim. Wyszliśmy z mieszkania na korytarz prowadzący do windy. W rękach Scotta zobaczyłam pistolet. Ta sytuacja robiła się dla mnie coraz dziwniejsza. Przed kim my uciekamy? Zaczęłam się bać. Nawet obecność chłopaka obok nie dawała mi już poczucia bezpieczeństwa. Cała się trzęsłam. W powietrzu czuć było strach. Mój strach. Chłopcy rozglądali się dookoła lustrując każdy metr korytarza, jakby ci ludzie mieli pojawić się znikąd. Scott szedł kilka kroków przed nami z bronią gotową do strzału. Szedł cicho i ostrożnie tak jak my. Do windy nie było więcej jak dziesięć metrów, ale wtedy ta droga wydawała się wiecznością. Każdy krok pomimo że stawiany jak najciszej zdawał się rozlegać echem po pomieszczeniu. Kiedy nareszcie doszliśmy do windy wcisnęliśmy guzik  i czekaliśmy, aż przyjedzie. Po chwili drzwi się otworzyły i weszliśmy do środka. Kiedy winda już się zamykała na korytarzu dostrzegłam dwóch mężczyzn, może chłopaków, którzy wbiegają do mieszkania, z którego wcześniej wyszliśmy. Nie wyglądali na przyjaźnie nastawionych. Na głowach mieli kaptury, więc nie mogłam zobaczyć ich twarzy. Na sam ich widok po moim ciele przebiegły ciarki. W końcu zaczęliśmy jechać w dół.
- Kto to był? – Spytałam przerażona.
- Teraz to nie ważne. Musimy się stąd wydostać. – Odparł Scott.
Już o nic nie pytałam. Nie chciałam, żeby wiedzieli jak bardzo się boję, a gdybym wymówiła chociaż jedno słowo drżącym głosem na pewno by to odkryli. Zatrzymaliśmy się i drzwi się otworzyły. Wyszliśmy ostrożnie i zobaczyliśmy wyjście. Szybko pobiegliśmy w jego stronę.
- Za mną. – Szepną cicho Scott, ale tak, żebyśmy mogli go usłyszeć.
Podążyliśmy za nim. Kierował się w stronę czarnego BMW. Schowaliśmy się za najbliższym samochodem, a on próbował otworzyć wspomniany już wcześniej samochód. Phil rozglądał się dookoła nerwowo. Przez cały czas odkąd wyszliśmy z mieszkania trzyma mnie za rękę. Nawet na chwilę jej nie puścił. Czułam teraz jego mocny uścisk. Usłyszałam otwierane drzwi i głos Scotta.
- Wsiadajcie.
Chłopak siadł za kierownicą, a Phil na miejscu pasażera obok niego. Mi natomiast nie pozostało nic innego jak siąść z tyłu.
- Powiecie mi wreszcie o co chodzi?! – Spytałam poirytowana.
- Wszystko ci powiem, ale jak będziemy bezpieczni. Zapnijcie pasy.
Ruszyliśmy z piskiem opon. Co on robił? Mieliśmy uciec, a nie zwracać na siebie uwagę. Popatrzyłam w tylną szybę. Nieznajomi mężczyźni stojący pod blokiem ruszyli za nami w pościg. Wyjechaliśmy na główną drogę. Scott jeszcze przyśpieszył. Jechaliśmy mijając kolejne samochody stojące nam na drodze jednak nie dawali za wygraną. Siedzieli nam na ogonie. Nie dali się zgubić. Podążali za nami jak cień za swoim właścicielem. Chłopak skręcił w boczną ulicę, prowadzącą w głąb lasu. Samochód podskakiwał na nierównościach. „On chyba chce nas zabić”. Pomyślałam. Drzewa rozmazywały mi się przed oczami. Droga robiła się coraz węższa. Jednak samochód wciąż jechał za nami.
- Scott, droga się kończy… – Usłyszałam głos Phila.
- Szlag! Czego nikt mi nie powiedział, że to ślepa uliczka?! – Wrzasnął.
Nagle samochód zaczął hamować i zatrzymał się. Jesteśmy skończeni. Koniec drogi. Co za pech. Nie wiem co zrobimy. Jesteśmy w pułapce. Wokół tylko las. Nie mamy dokąd uciec. Mają nas. Na pewno źle się to dla nas skończy. Samochód zatrzymał się tuż za nami. Usłyszałam otwierane drzwi. Obróciłam się i zobaczyłam dwóch mężczyzn podążających w naszym kierunku. Szybko odwróciłam wzrok. Moje serce przyśpieszyło. Czułam, że zaraz wyskoczy mi z piersi. Ręce zaczęły mi się pocić. Drzwi po moich obu stronach otworzyły się.
- Wysiadaj. – Rozkazał jeden z mężczyzn.
Ja jednak ani drgnęłam. Siedziałam tak nieruchomo patrząc to na jednego, to na drugiego. Nie byli dużo starsi ode mnie. Wyglądali na około dwadzieścia lat. Obaj mieli ciemne włosy i śniadą cerę. Ubrani byli w ciemne jeansy i skórzane kurtki. Nie wyglądali na miłych.
- Wyłaź! Słyszysz?! – Wrzasnął drugi.
Nic. Dlaczego chłopcy siedzieli bezczynnie i nic nie robili? Pozwolą im mnie zabrać? Jeden z mężczyzn złapał mnie za rękę i wyciągnął siłą z auta. Krzyczałam, ale on zatkał mi buzię ręką. Szarpałam się, a on jakby nic sobie z tego nie robił i ciągnął mnie w stronę samochodu.
- Zostaw ją Taurusie! – Krzyknął Scott.
Ten odepchnął mnie na bok tak, że przewróciłam się na ziemię i zwrócił się do niego.
- Nie wtrącaj się Scott. Już i tak za bardzo nam przeszkodziłeś.
- To nie był prośba.
Wyciągnął broń i bez najmniejszego zawahania postrzelił go prosto w głowę. Ten przewrócił się i zamarł w bezruchu. Dalej zobaczyłam Phila bijącego się z tym drugim chłopakiem. Rzucił nim o maskę samochodu, która wgniotła się pod jego ciężarem.
- Musimy uciekać. Zaraz odzyskają przytomność. – Powiedział Scott pomagając mi wstać.
Wbiegliśmy w las podążając nie wiadomo w jakim kierunku. Mijaliśmy kolejne drzewa, które wyglądały tak samo jak pozostałe. Wydawało mi się, że stoimy w miejscu. Wszystko wydawało się takie same. Chłopcy narzucili strasznie szybkie tempo. Ledwo za nimi nadążałam. Nogi odmawiały mi już posłuszeństwa. Nagle przed nami wyrosła przepaść. W ostatniej chwili się zatrzymaliśmy, bo wpadlibyśmy prosto do wody płynącej kilkanaście metrów niżej. Gdyby nie okoliczności w jakich się znaleźliśmy byłoby tu bardzo pięknie. Nieopodal znajdował się wodospad, z którego woda spadała kaskadami. Teraz to się nie liczyło. Właśnie ten piękny wodospad odciął nam drogę ucieczki. Za nami było słychać odgłosy pogoni. Chyba przyszli ich kumple, bo głosy wydawały się dochodzić z każdej możliwej strony.
- Otaczają nas. – Stwierdził Phil.
- Dobra, nie mamy innego wyjścia. Skaczemy. – Usłyszałam Scotta.
- Cooo? – Popatrzyłam na niego z szeroko otwartymi oczami.
Nie zdążyłam już nic powiedzieć, ani zaprotestować. Scott skoczył pierwszy i zobaczyłam jak znika w błękitnej toni, a za chwilę się wynurza. Phil objął mnie w tali i pociągnął za sobą w dół.

Rozdział 11

92897_krople-pajeczyna-wody
Dzięki temu, że wczoraj wszystko się wyjaśniło jestem spokojniejsza. Wiem, że mogę mu już zaufać i w jego obecności czuję się bezpiecznie. Ogólnie jest mi tutaj dobrze, ale zastanawia mnie jedna sprawa. Jeżeli ja jestem tu, to wychodzi na to, że nie było mnie w domu od ponad tygodnia. Co myślą rodzice i czy się martwią? A jeśli zadzwonili na policję, że zaginęłam. Zastanawiało mnie to i nawet ja zaczęłam się teraz martwić. Wyszłam do szkoły i już nie wróciłam jak to wyglądało. Scott jeszcze się nie obudził, ale Phil mówił, że to tylko kwestia czasu. Jego organizm musi się zregenerować i nabrać sił, a najlepiej dzieje się to podczas snu. Miał rację, bo gdy zmienialiśmy mu opatrunek to rana się już zabliźniła. Niesamowite! To dlatego chodziłam już po tygodniu, a miałam przecież złamane żebro. Normalny człowiek musiałby leżeć około trzech, czyli trzy razy więcej. Phil oglądał telewizję. Usiadłam obok niego i obróciłam się w jego stronę,
- Muszę o coś zapytać.
- No co tam? – Siadł na przeciwko mnie.
- Nie było mnie w domu od tygodnia, no i… Czy dla moich rodziców to nie jest dziwne? – Spytałam.
- Aaa o to chodzi. To załatwione, nie musisz się martwić. Dziwne, że dopiero teraz o to zapytałaś.
- Załatwione? Niby jak?
- Nie wiem czy ja mogę ci o tym powiedzieć…
- Dlaczego? O co chodzi? – Spytałam zdezorientowana.
- Lepiej jak Scott ci to powie. Niedługo się obudzi i wszystkiego się dowiesz.
- Czego się dowiem?
- Nie pytaj, bo ode mnie i tak nic już nie wyciągniesz.
- Dobra. – Powiedziałam obrażona i skrzyżowałam ręce.
- Oj przeeestań… Nie obrażaj się. – Zrobił minę słodkiego szczeniaczka.
- To na mnie nie działa. – Byłam nie ugięta.
Rzucił się na mnie przewracając na plecy. Teraz leżał na mnie i uśmiechał się.
- Będę cię torturował, dopóki mi nie wybaczysz.
Zaczął mnie łaskotać. Co on wymyślił. Ja mam takie straszne łaskotki, a on to jeszcze perfidnie wykorzystuje. Głupek. Śmiałam się tak głośno, że chyba było mnie słychać w całym mieszkaniu.
- Przestań. – Powtarzałam śmiejąc się cały czas.
- Wybaczysz?
- Tak, tylko przestań już.
Nachylił się nade mną i szepną:
- Ze mną się nie zadziera.
- Widzę, że świetnie się bawicie. – Usłyszałam otwieraną lodówkę.
Phil szybko ze mnie zszedł i usiedliśmy na kanapie jak gdyby nic, cały czas się poszturchując. Scott wyciągnął mleko i pił je teraz prosto z butelki oparty o blat. Był tylko jeansach. Zdjął już opatrunek i ku mojemu zdziwieniu po ranie nie było śladu.
- Dobrze, że się obudziłeś, bo mam do ciebie pytanie. – Zwróciłam się do niego.
- To ja was zostawię. Będę za godzinę. – Powiedział Phil i szybko wyszedł.
- O co chodzi Scott?
- Z czym?
- Z moimi rodzicami. On nie chciał mi nic powiedzieć.
Blondyn zakręcił butelkę i odstawił ją. Podszedł i usiadł koło mnie. Otwierał usta i z powrotem je zamykał, jakby chciał coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili się powstrzymywał. W końcu zaczął.
- Twoi rodzice… tak na prawdę nimi nie są.
- Co?
- Twoi biologiczni rodzice byli najlepszymi łowcami w bractwie. Było to dokładnie siedemnaście lat temu, ale kiedy dowiedzieli się co planuje Venom chcieli odejść. On nie pozwolił im na to. Kazał im nadal wykonywać swoją pracę. Niedługo później urodziłaś się ty. Bali się, że Venom bedzie chciał ci coś zrobić. Albo wykorzysta cię do zmuszenia twoich rodziców, żeby dalej dla niego pracowali. Postanowili oddać cię pod opiekę swoim znajomym – zwykłym śmiertelnikom. Czuli, że pod ich opieką nie będziesz bezpieczna. Venom jakimś sposobem dowiedział się o twoim istnieniu i próbował wyciągnąć od nich informację gdzie jesteś. Według przepowiedni w dniu, w którym się urodziłaś miało urodzić się jakieś wyjątkowe dziecko. Chciał je mieć za wszelką cenę, lecz twoi rodzice milczeli. Wkrótce zostali… zabici.
- Co ty wygadujesz? To są jakieś żarty, prawda? – Spytałam zszokowana.
- Nie, to nie są żarty. A co do rodziców, których znasz. O wszystkim wiedzieli. Wiedzieli kim jesteś, kim są twoi rodzice. To od nich wiem to wszystko. Mimo to zgodzili się tobą opiekować i wychowywali jako własną córkę. Byłem u nich i wszystko im powiedziałem, więc nie musisz się o nich martwić. Wiedzą, że jesteś bezpieczna, a teraz dla nich i dla ciebie bezpieczniej będzie jeżeli zostaniesz tutaj. Tu nic ci się nie stanie. Jestem ja i Phil. Jesteś bezpieczna. W domu byłabyś zupełnie bezbronna. Oni też tak uważają.
- Bezpieczna? O co chodzi?
- Wcześniej nie wiedziałem kim dokładnie jesteś, a teraz wszystko się zmieniło. Dlatego nie chciałem zabierać cię na poszukiwania. Venom cię szuka. Robi to od dawna, od kiedy dowiedział się o twoim istnieniu. Dziwne, że do tej pory cię nie znalazł. Miałaś ogromne szczęście. Teraz najważniejsze, żebyś nie rzucała się w oczy. Musisz tu zostać.
Co? Niby ile mam tu siedzieć? Przecież miałam ci pomagać?!
- Miałaś, ale wszystko się zmieniło! Nie rozumiesz tu chodzi o twoje życie! – Złapał mnie za ramiona i potrząsnął mną. – Rozumiesz?
- Nie, nie rozumiem! Nie możesz mnie tu trzymać. Będę chciała to sama wyjdę! – Krzyczałam zdenerwowana.
- Nigdzie nie wyjdziesz. Już ja tego dopilnuję. – Powiedział stanowczym głosem.

Rozdział 10

balony-morze-gory

Rozdział 10
Czułam się już dużo lepiej. Od feralnego wypadku minął tydzień. Spędziłam go odpoczywając. Nawet gdy chciałam coś zrobić chłopcy mi nie pozwalali. Opiekowali się mną. Wydaje mi się, że Phil czuł się winny za to co się stało. Obwiniał się. Co chwila pytał czy czegoś nie potrzebuje. Gotował obiadki, robił kanapki. Przesadzał, ale gdy mu to tłumaczyłam nie dawał się przekonać. Zawsze był dla mnie miły, aż za miły. Powoli zaczynałam mieć tego dosyć. Ileż można. Nie ukrywam, było to miłe, ale bez przesady. Chodziłam tylko z kąta w kąt nie wiedząc co ze sobą zrobić. Miałam odpoczywać. No okej. Lecz ile można leżeć w łóżku, siedzieć na kanapie i oglądać telewizję? Nie przesadzajmy. Tydzień to za długo. W tym czasie Scott był bardzo zajęty. Szukał ich, ale bez żadnego skutku. Nie często go widziałam. Przychodził tylko spytać jak się czuję i zdać relację ze swoich poszukiwań. Sądzę, że nie do końca ufa Philowi i również dlatego przychodzi. Sprawdza czy wszystko ze mną w porządku i od razu wychodzi. Relacje między chłopakami są dość napięte. Czuć to gdy przebywają w jednym pomieszczeniu. Bójka wisi wtedy w powietrzu. Nie wiem dlaczego się tak nienawidzą. Podobno wszystko sobie wyjaśnili. Podobno. Najgorsze jest to, że Scott ma marne szanse sam ich znaleźć, bo tylko ja mogę ich zobaczyć. On natomiast czuje ich obecność, potrafi wyczuć ich zapach. Razem było by łatwiej, ale on nie chce o tym słyszeć. Przynajmniej na razie. „Pójdziesz ze mną jak wyzdrowiejesz. I ja o tym zadecyduję”. To jego słowa. Nienawidzą się, a zarazem są do siebie tak podobni. Uparci. Dosłownie jak dwa osły. Nie da się z nimi wytrzymać. A w dodatku zawsze muszą postawić na swoim. Dobra wróćmy do poszukiwań Scotta. Trafiał czasami na normalnych ludzi i napotykał ich zdziwione spojrzenia. Jeden mało nie zadzwonił na policję, bo na niego za bardzo naciskał. Gdy nam to opowiadał śmialiśmy się razem z Philem do łez. Ale z drugiej strony wtedy to mielibyśmy przechlapane. Jeszcze psów nam tylko brakuje. Jednak on był taki uparty i nie dawał za wygraną. Nie wiem co chciał tym udowodnić. Próbowałam przekonać go z milion razy, że jak będzie ze mną lepiej to poszukamy razem. Chciałam nawet z nim iść, ale nie chciał mnie wypuścić z mieszkania, a Phil trzymał wtedy jego stronę. Siedziałam teraz przy wyspie jedząc spaghetti, które przygotował Phil. Wcześniej nie wiedziałam, że tak świetnie gotuje.
- Ty nie jesz? – Spytałam.
- Nie jestem głodny, ale ty sobie nie przeszkadzaj. – Powiedział uśmiechając się do mnie.
Gdy skończyłam poszłam wziąć szybki prysznic. Pozwoliłam, aby woda spływała po moim ciele. Kochałam spędzić czas pod prysznicem. Tam na chwilę mogłam być sama ze swoimi myślami. Nikt się mną nadmiernie nie opiekował. Ostatnio w łazience spędzałam, więc bardzo dużo czasu. Zadzwonił dzwonek do drzwi. Usłyszałam jak drzwi się otwierają i Phil klnie pod nosem. Słychać też było czyjeś jęki. Szybko wyskoczyłam spod prysznica, wytarłam włosy i ubrałam się. Wbiegłam na korytarz i to co zobaczyłam naprawdę mną wstrząsnęło. Scott leżał na podłodze, a z jego brzucha sączyła się ciemnoczerwona krew. Wyglądało to strasznie. Na jedno koszulce widniała czerwona plama. Poza tym miała jeszcze kilka siniaków.
- Co się stało?! – Podbiegłam klękając przy nim. Objęłam jego głowę dłońmi. – Scott, co się stało?!
Z jego ust wyszło tylko jedno słowo „znalazłem”. Złapał mnie za rękę i uśmiechnął się, pokazując swoje zęby. Jego powieki powoli się zamykały.
- Nie zasypiaj słyszysz! – Mówiłam do niego ciągle.
Jednak to nic nie dało. Jego ręka opadła bezwładna.
- Pomóż mu! – Rozkazałam.
- Uspokój się. Nic mu nie będzie. – Powiedział Phil ze spokojem.
Jak on może być taki spokojny. Przecież on może umrzeć! Wykrwawi się na śmierć. Jego rana wyglądała naprawdę głęboko, a on nic sobie z tego nie robił. Wokół niego było pełno krwi, a on sądzi, że nic mu nie będzie.
- Przecież on umrze! – Wrzasnęłam.
- Nie umrze. Przestań histeryzować. – Powiedział tym samym spokojnym tonem i odszedł.
- Gdzie ty idziesz?!
Wrócił chwilę później z miską wody i bandażami. Rozerwał mu koszulkę i oczyścił ranę. Opatrzył czystym bandażem. Robił to tak sprawnie, że mnie to zdziwiło. Wyglądało jakby nie robił tego pierwszy raz. Przeniósł go na kanapę. Później wrócił do mnie i zmył krew z podłogi. Popatrzył na mnie.
- Spokojnie. Scott ci nie mówił?
- O czym? – Spytałam zdziwiona.
- Że wasze rany goją się kilka razy szybciej niż normalnych ludzi.
- Serio?
- Tak. Taka rana nie zagraża jego życiu. Jutro, czy pojutrze będzie jak nowy.
Nagle wszystko sobie przypomniałam. Wypadek. Phil wyszedł z niego bez szwanku. Bez małego zadrapania. Groził mi. Dlatego cały czas miałam taką lukę w pamięci, jakby brakowało mi jakiegoś dnia. To dlatego nie pamiętałam piątku. Bo wtedy wydarzył się ten wypadek. Jak znalazłam się wtedy w domu? Nie pamiętam, żebym do niego wracała. Co się stało, że nie pamiętałam tamtego dnia? Te i wiele innych pytań nasuwało mi się wtedy do głowy. Wszystko się teraz wyjaśniło. Dlatego cały cza czułam się w jego towarzystwie nie swojo. Czułam, że muszę uciekać, bez żadnej przyczyny. Zamarłam. Myśli pochłonęły całą moją uwagę. Nie mogłam się poruszyć. On był tak blisko mnie. Dzieliło nas kilka kroków. Nie mogłam oderwać od niego swojego przerażonego wzroku. Jakąś minutę nie zwracał na mnie uwagi, ale w końcu nasze spojrzenia się spotkały. Coś wewnątrz mnie kazało mi natychmiast stamtąd uciekać. Spojrzałam w stronę drzwi, to znowu na niego. On nie spuszczał, ze mnie oczu. Kilka metrów dzieliło mnie od jedynej drogi ucieczki. W jednej chwili zerwałam się z podłogi. Podbiegłam do drzwi. Już wyciągałam rękę w stronę klamki, gdy złapał mnie za rękę.
- Zostaw mnie! – Chciałam wyszarpnąć rękę z jego uścisku, lecz on nie chciał mnie puścić.
- To wszystko nie tak jak myślisz. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że o niczym nie wiesz. Myślałem, że mnie tropisz.
- Wypuść mnie!
- Nigdzie cię nie puszczę.
Odepchnął mnie do salonu, a sam zamknął drzwi na klucz. Usłyszałam tylko trzask przekręcanego zamku.
- Co ty robisz? – Spytałam przestraszona.
- Zamykam drzwi. Nie widać? – Pokazał mi klucz i schował do kieszeni spodni.
Zaczął iść w moją stronę. Kiedy dawał krok w moją stronę ja cofałam się o jeden w tył i tak ciągle, dopóki moje plecy nie spotkały się ze ścianą. Nie mam już dokąd uciec. Z każdą chwilą był coraz bliżej. Zatrzymał się krok przede mną. Tak, że czułam jego oddech na swojej twarzy. Przez moje ciało przebiegł dreszcz, rozsiewając po nim nieprzyjemne zimno. Nie miałam odwagi popatrzeć w górę,  w jego oczy. Cyba to wyczuł. Podniósł mój podbródek do góry, żebym na niego spojrzała.
- Sądzisz, że mógłbym ci coś zrobić? – Spytał.
Nic nie odpowiedziałam. Co mu miałam powiedzieć? „Tak, tak właśnie sądzę”. W jego oczach zobaczyłam swoje przerażone odbicie.
- Floro, przestań. Czy ty naprawdę tak myślisz. – Kontynuował. – Ja… nie wiem jak to powiedzieć… Gdy jesteś blisko czuję, że tak powinno już być. Chcę cię chronić, opiekować się tobą. Wiem, do tej pory to ja byłem zagrożeniem dla ciebie i czułem, że nie masz do mnie zaufania. Tak samo zresztą twój kolega. Mniejsza z tym. Chcę po prostu powiedzieć, że… – Odchrząknął. – Bardzo cię lubię. Nawet nie wiesz jak bardzo.
Ostatnie zdanie powtórzył szeptem, ale i tak je słyszałam. Na mojej twarzy pojawił się nikły uśmiech. Też go lubię. Może nawet coś więcej. Do tej pory się go bałam, ale teraz wiem, że naprawdę mogę mu zaufać. Nie powiem, że mi się nie podoba. Wręcz przeciwnie. Jest bardzo przystojny i w moim guście. Kiedy zobaczyłam go pierwszy raz serce waliło mi jak młot i słowa grzęzły mi w gardle. Pamiętam to jak dzisiaj. Przysunął się do mnie bliżej. Tak, że nasze ciała niemal się stykały. Pochylił się i podniósł mój podbródek wyżej. Jego twarz zbliżała się coraz bardziej, aż nasze usta się spotkały. Całował mnie powoli, potem coraz mocniej. Objęłam go za szyję i odwzajemniłam jego pocałunek. Nasze pocałunki były coraz bardziej namiętne. Jego ręce zaczęły błądzić po moim ciele. Pocałunki przeniosły się na szyję, później dekolt.
- Hej. – Usłyszałam głos za plecami Phila i w mgnieniu oka odepchnęłam go od siebie.
To Scott. Stał w progu pokoju i się nam przyglądał.

Rozdział 9

1514285_mrok

Obudziłam się w jakimś mieszkaniu. Leżałam na kanapie przykryta kocem. Jeszcze szumiało mi w głowie. Minęła chwila zanim wszystko sobie przypomniałam. Walka. Próbowałam ich rozdzielić.  Gdzie ja jestem? Spróbowałam się podnieść. Lecz z powrotem opadłam na sofę. Bardzo bolała mnie klatka piersiowa, co utrudniało mi jakiekolwiek ruchy. Z wielkim bólem podniosłam się do pozycji siedzącej. Z trudem mogłam oddychać. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Salon urządzony w nowoczesnym stylu. Dwie czarne kanapy, obok nich szklany stolik do kawy i oczywiście naprzeciwko ogromniasty telewizor. Jedna ściana była całkowicie pokryta regałami na książki. Wiele z nich wyglądało na naprawdę stare egzemplarze. Na jednej ze ścian znajdowało się ogromne okno zasłonięte zasłonami.  Natomiast z drugiej strony przez wyspę kuchenną można było zobaczyć kuchnię zachowaną w tym samym stylu. „Cudowne mieszkanie” – Pomyślałam. Z zachwytu wyrwał mnie znajomy głos.
- Spokojnie. Odpoczywaj. – Usłyszałam.
To był głos Phila. Popatrzyłam w kierunku, z którego dochodził. Stał razem ze Scottem. Zdziwiło mnie to. Przecież jeszcze nie dawno skakali sobie do gardeł. Było po nich widać ślady walki. Mieli napuchnięte twarze. Scott miał rozcięty łuk brwiowy. Phil rozbity nos. Śmiesznie tak razem wyglądali. – Co się stało? – Spytałam. Phil opuścił głowę. Podszedł do kanapy i klęknął przy mnie. Wydawał się smutny.
- Przepraszam, to moja wina. Ja… naprawdę nie chciałem.
Już pamiętam. Gdy próbowałam ich rozdzielić chłopak odepchnął mnie. Był wtedy w takim amoku, że zrobił to z ogromną siłą. Uderzyłam wtedy o ścianę i straciłam przytomność. Nie chciałam o tym rozmawiać, więc szybko zmieniłam temat.
- Nie chcecie się już zabić? – Zmusiłam się do sztucznego uśmiechu.
Widać było, że Phil też nie chciał o tym rozmawiać. Odetchnął z ulgą gdy zadałam pytanie.
- Wszystko sobie wyjaśniliśmy. – Odparł Scott. – Pomoże nam.
Teraz naprawdę mnie zamurowało. Jak go przekonał? Wczoraj na widok jego znamienia rzucił się na niego. Nie chce mi się wierzyć, że potrafili razem, spokojnie rozmawiać. Przyznam, że jestem ciekawa jak doszli do porozumienia.
- Naprawdę? – Popatrzyłam na nich.
- Tak. – Odparł Phil.
- I co teraz? Co robimy?
- Teraz odpoczywasz. – Powiedzieli jednym głosem na co uśmiechnęłam się. To było nawet słodkie, że się tak o mnie troszczyli, lecz to nie pora na odpoczynek.
- Nie ma czasu na odpoczynek. Musimy ich znaleźć. – Stwierdziłam.
Ostatnio Scott dużo mi o wszystkim opowiadał. Wiem, że nie możemy czekać. Każda sekunda jest wiele warta. Nie wiemy dokładnie co planuje Venom, wiec lepiej działać. Poza tym nie chce czekać na jego ruch. Na to co się stanie. Lepiej zacząć działać i to jak najszybciej. Musimy znaleźć tych, którzy pozostali i przekonać ich do naszego planu. Raczej jego braku. Nie mamy planu i w tym cały problem. Nie wiemy dokładnie co planuje Venom, wiec jak możemy mieć plan.
- Masz rację, ale to nie zmienia faktu, że masz złamane żebro. – Stwierdził Scott.
- Nic mi nie jest.
- Nieee… Wcale. Zróbmy tak.  Na razie ja będę ich szukał, a ty zostaniesz z Philem.
- Nie możesz iść sam.
- Mogę i właśnie to zrobię. – W tej samej chwili odwrócił się i wyszedł przez drzwi. Wyszedł. Jak mógł to zrobić?
- Zaczekaj! – Zerwałam się z kanapy.
Zrobiłam kilka kroków i przypomniał o sobie ból. W tej całej sytuacji kompletnie zapomniałam, że mam złamane żebro. Jeszcze tylko tego brakowało. On nie może iść sam. Jeśli coś mu się stanie, nigdy sobie tego nie wybaczę. Bardzo się z nim zaprzyjaźniłam. Wydaje mi się jakbym go znała od dawna, a to przecież tylko kilka dni. Nadajemy na tych samych falach i rozumiemy się niemal bez słów. To wszystko jest takie dziwne. Jeszcze niedawno byłam zwykłą, nudną nastolatką, twardo stąpającą po ziemi. A teraz? Wszystko zmieniło się tak szybko. Nie mogę się do tego przyzwyczaić. Że niby istnieją ludzie z magicznymi zdolnościami? Kpiny. Gdy to zobaczę to uwierzę,  a na razie pozostaje mi wierzyć chłopakom. Chyba nie są obłąkani. Raczej nie wymyśliliby sobie tego wszystkiego. Czasami wydaje mi się, że to po prostu sen, z którego zaraz się obudzę i wszystko będzie normalnie. Nigdy nie pomyślałabym, że ode mnie będą zależeć losy świata. Jak to w ogóle brzmi. Jak w jakimś cholernym filmie. Tylko różnica jest w tym, że to nie film i nie będzie powtórki. Albo wygramy my, albo oni.  Nerwowo szukałam ręką czegoś na czym mogłabym się podeprzeć. Nic. Obok pojawił się Phil, podtrzymując mnie. Jego silne ramiona oplotły się wokół mojej talii. Trzymał mnie pewnie, a jednocześnie delikatnie. Poczułam ciarki, które przechodzą przez moje ciało.
- Spokojnie. Trzymam cię. – Jego głos był spokojny i łagodny. Posadził mnie na sofie i siadł obok.
- Nie martw się o Scotta to duży chłopak, poradzi sobie.

Rozdział 8

747862_m

Byłam już po lekcjach. Gdy wychodziłam ze szkoły była dopiero 12.00. Puścili nas wcześniej, bo nauczyciele, z którymi mieliśmy mieć lekcje pojechali na wycieczkę. Cieszy mnie to. Nie ma to jak wyjść wcześniej ze szkoły. Nie chciało mi się wracać do domu. Nie będę tam przecież siedzieć sama. Rodzice w pracy. Nie było za bardzo co robić. Przyszła mi do głowy świetna myśl. Pójdę na kawę. Bar znajdował się kilka ulic od szkoły. Zawsze chodziłam tam z Kate, ale dziś nie było jej w szkole. To nasze ulubione miejsce. Często tu przychodzimy. Gadamy o różnych sprawach. Plotkujemy. Miło spędzamy czas. Tak poza tym mają tu najlepszą kawę w mieście. Wiem co mówię. Opłaca się przejść kilka ulic, żeby ją wypić. Weszłam do środka. Bar był przestronny i jasny. Wokół metalowych stolików stały krzesła z kolorowymi obiciami. Na ścianach znajdowała się niebieska tapeta w fantazyjne wzory. Na przeciwko wejścia stał bar. Wyglądał niczym wyjęty z lat 80. Cały lokal tak wyglądał. Dlatego go lubiłam. Był wyjątkowy. Usiadłam przy oknie kładąc ręce na stole. Chwilę później przyszła kelnerka, żeby zebrać zamówienie. Usiadłam wygodnie czekając na kawę. Patrzyłam przez okno na przejeżdżające ulicą samochody. Nie było ich za wiele. Może dlatego, że bar znajduje się w bocznej uliczce. Powiem, że to nie ciekawe miejsce. Obok znajdują się kluby, wiec w nocy jest tu pełno zalanych ludzi. Dosłownie zalanych. Są tu chyba najgłośniejsze imprezy w mieście. Nie ze względu na muzykę, lecz na to co się tu zawsze dzieje. Często pojawiają się nagłówki w gazetach z nazwami tutejszych klubów. Słyszałam ostatnio, że w jednym z klubów urządzają nawet nielegalne walki. Zastanawiam się jakim sposobem ten bar nie został jeszcze zdemolowany lub okradziony. Najwidoczniej mają szczęście. Usłyszałam kroki, które zbliżały się w moją stronę. Jednak zamiast kelnerki zobaczyłam Phila. Wyglądał zabójczo przystojnie. Jego czarne włosy były rozczochrane i opadały na czoło. Zajął miejsce naprzeciwko mnie.
- Cześć. – Powiedział.
- Czego chcesz? – Popatrzyłam na niego zdezorientowana.
- Porozmawiać. – Położył swoją dłoń na mojej.
Nic nie odpowiedziałam. Całe moje ciało zesztywniało. Coś kazało mi stamtąd uciekać i to jak najszybciej. Posłuchałam tego głosu. Uwolniłam dłoń i wzięłam torbę. Zaczęłam podążać w kierunku tylnego wyjścia.
- A kawa?! – Usłyszałam głos kelnerki.
Nie zwracałam na to uwagi. Przecisnęłam się pomiędzy ludźmi i wyszłam jak najszybciej potrafiłam. Chciałam uciec stamtąd jak najszybciej. Na pewno nie miałam ochoty z nim rozmawiać.
- Zaczekaj! – Zobaczyłam jak za mną wybiega.
- Daj mi spokój!
- Dlaczego ode mnie uciekasz?
- Nie uciekam. Po prostu się spieszę. – Odwróciłam się i poszłam dalej.
Nagle zastawił mi drogę. Próbowałam go wyminąć, ale był szybszy. Nie mam pojęcia jak znalazł się tak szybko przede mną. Przecież nawet mnie nie minął. Przerażał mnie coraz bardziej.
- Odsuń się. – Warknęłam.
- Czego się tak denerwujesz?
- Zejdź mi z drogi!
Nie słuchał mnie. Próbowałam jakoś się przecisnąć, lecz on nie rezygnował. Nie chciał mnie puścić. Bardzo się bałam. Czego on może chcieć? Dlaczego nie daje mi spokoju? Nie miałam ochoty z nim rozmawiać. Powinien to zrozumieć. Nawet nie wiem o czym chce rozmawiać. My nie mamy po prostu o czym rozmawiać. Ledwo się znamy. Ja nie znam go wcale! Nie wiem do czego jest zdolny i czy mogę mu zaufać. Stałam z nim sama w jakiejś wąskiej uliczce. Oprócz nas nie było tu nikogo. Tu nigdy nikogo nie ma. To tylne wyjście. Mogłam wyjść głównym. Głupia. Tam przynajmniej nie byłabym z nim sam na sam.
- Nie zejdę. Muszę ci coś powiedzieć.
- Ale ja nie chcę cię słuchać! Nie rozumiesz? Przesuń się! – Krzyknęłam.
- Nie, dopóki mnie nie wysłuchasz.
- Słyszysz co do ciebie mówi? – Usłyszałam znajomy głos.
Za chłopakiem pojawił się Scott.
- Nie wtrącaj się w nie swoje sprawy. – Rzucił Phil.
- Odsuń się od niej. Dobrze ci radzę.
- Grozisz mi?
- Nie. Na razie ostrzegam. – Scott podszedł do mnie i złapał mnie za rękę.
- Chodź. Odwiozę cię do domu.
- Nigdzie jej nie odwieziesz.
Phil złapał Scotta za rękę, którą mnie trzymał. Wzrok Phila wyostrzył się. Zobaczył je.
- O co tu chodzi?! – Spytał zdenerwowany.
- To nie tak jak myślisz… – Próbowałam wytłumaczyć.
- Nie? A jak?
- Floro nie ma sensu prowadzić teraz tej rozmowy. Chodźmy. – Nalegał Scott.
- Nigdzie nie pójdziecie! – Warknął Phil.
Chcieliśmy go minąć, lecz on w jednej chwili rzucił się na Scotta. Przeturlali się kilka metrów. Zaczęli okładać się pięściami. Raz jeden, raz drugi. Słychać było odgłosy walki. Padał cios za ciosem. Scott rzucił nim o stojący obok kontener. Plastik roztrzaskał się w drobny mak. Phil otrząsnął się i wpadł na chłopaka ze zdwojoną siłą, jednocześnie przywracając się z nim na ziemię. Myślałam, że się tam pozabijają.  Krzyczałam, żeby przestali. Wołałam pomocy, lecz nikt mnie nie słyszał. Niby kto mnie miał tu usłyszeć. Nie było po nich widać reakcji. Nie zwracali na mnie uwagi. W ogóle mnie nie słuchali. Postanowiłam nie stać bezczynnie. Podeszłam do nich, aby ich rozdzielić.
- Przestańcie! – Krzyczałam. Szarpałam Phila za ramiona, żeby odciągnąć go od leżącego pod nim Scotta. Jednak  nic to nie dało. Nagle chłopak odepchnął mnie i poczułam jak uderzam z ogromną siłą o ścianę. Osunęłam się na ziemię. Później nic już nie pamiętam. Jakieś głosy nade mną i tylko pochłaniającą mnie ciemność.

Rozdział 7

2

Idąc w kierunku polany zastanawiałam się po co ja tam w ogóle idę. Nawet go nie znam. Ale mówił rzeczy, o których chciałabym się dowiedzieć. Mam tak wiele pytań. Miał takie samo znamię jak moje. To nie może być przypadek. Posłuchałam go i nie zbliżałam się do Phila. W zasadzie to nawet go nie widziałam. Dobrze, bo na pewno kusiło by mnie zapytać o coś. Czy mogę mu wierzyć? Zastanawia mnie to. Nie wydaje się groźny i chyba jest w stosunku do mnie szczery. Chyba. Dobrze powiedziane. Lepiej zachować ostrożność. Na wszelki wypadek. Zobaczyłam go w tym samym miejscu, w którym wcześniej rozmawialiśmy. Siedział ubrany w jeansy i bluzę z kapturem. Gdy szłam w jego stronę usłyszał mnie i się obrócił. Na jego twarzy pojawił się ledwo dostrzegalny uśmiech.
- Przyszłaś.
- Tak.
Spod kaptura widać było jego zielone oczy, które cały czas się we mnie wpatrywały.
- No co? – Spytałam zakłopotana tą sytuacją.
- Ładnie wyglądasz.
Wyraz jego twarzy mówił wszystko. Poczułam gorąco, rozchodzące się po moim ciele. Na pewno zrobiłam się czerwona jak burak. O co mu chodzi? Mam na sobie krótkie, jeansowe spodenki i zwykłą, czarną bokserkę. Wyglądam normalnie. Ci faceci. Ich nie zrozumiesz.
- Przestań się podlizywać. – Pouczyłam go.
- Mówię na serio.
- Dobra nie ważne. Nie po to przyszłam.
- Masz rację. To od czego chcesz zacząć?
- Najlepiej od początku.
- Ok. Przygotuj się. Pewnie zabrzmi to dziwnie.- Wypuścił powietrze. – Wszystko zaczęło się kilka wieków temu gdy ludzie odkryli, że na ziemi istnieją istoty o różnych zdolnościach. Nie jakichś zwykłych, lecz hmm… można powiedzieć magicznych. Uważali wtedy, że są wysłannikami diabła. Bla bla bla. Jak to w średniowieczu zresztą. Każdy kto się wyróżniał był podejrzany. Zabijano ich lub palono na stosach. Lecz wraz z rozwojem nauki odkryto jak odbierać im ich moce. I tak powstało Bractwo Krwi. Jak na ironię jego założyciel był istotą, na które sam polował. Dlatego my jako jego przodkowie posiadamy umiejętności pomagające nam ich wytropić. Z czasem zachodziło to coraz dalej. Bractwo chciało coraz więcej. Jego dzisiejszy przywódca nazywa się Venom. Wymyślił sobie, że zabije ich wszystkich co do ostatniego, a jakby tego było mało to postanowił, że na Ziemi mogą przeżyć tylko członkowie Bractwa. Nie wiem jak chce to zrobić, ale chce zabić wszystkich ludzi.
- Coo??? Przecież tak nie można! – Krzyknęłam zdenerwowana.
- Wiem to. Dlatego postanowiłem go powstrzymać. Szukam osób, które mi pomogą.
- Ale jak chcesz to zrobić?
- Jeszcze nie wiem. Ciągle szukam jakiegoś rozwiązania.
- A czy Phil… czy on jest…
- Tak.
- Wiedziałam. – Powiedziałam pod nosem.
- Skąd?
- Bo wokół niego widać… Jest otoczony poświatą. Nie wiem jak to opisać.
- Widzisz pole energii? – Popatrzył na mnie jak na wariatkę. – To w Bractwie nie zdarzyło się już od kilku pokoleń! Niesamowite.
- Coś takiego widziałam tylko kilka razy w życiu.
- To możliwe. Zostało ich już nie wielu. Floro spadłaś mi z nieba! – Wykrzyknął i objął mnie. Oczy mu się świeciły. Wyglądał jak małe dziecko, które dostało cukierka.
- Scott uspokój się.
- Nie rozumiesz? Razem ich znajdziemy i pokonamy Venoma. – Był taki szczęśliwy.
- Ja nie wiem czy tego chce… Ja… ja… jestem normalna.
- Bez ciebie mi się nie uda.
- Powiedz, że to co powiedziałeś jest kłamstwem.
- Nie. Floro, spokojnie.
- Co spokojnie! Ja już nic nie wiem. Nie wiem kim jestem, nie wiem… – Z moich oczu pociekły łzy.
- Nie płacz. – Powiedział łagodnie i przytulił mnie. Poczułam się bezpiecznie. Jak od dawna się nie czułam. Wtuliłam się w niego. Wiedziałam, że mogę mu zaufać.
- Wszystko będzie dobrze. Zobaczysz. – Odchylił mnie tak by spojrzeć mi w oczy. – Nic ci się nie stanie. Masz moje słowo. Pomożesz mi?
Przytaknęłam. Chcę mu pomóc, bo jeśli tego nie zrobię to stanie się najgorsze. Coś czego zawsze bym żałowała. Do końca życia.

Rozdział 6

drozka-kwiatki-las

Po powrocie ze szkoły od razu pobiegłam w swoje ulubione miejsce. Przeskoczyłam przez płot i zagłębiłam się w cień rzucany przez drzewa. Szłam dobrze znaną mi ścieżką w głąb lasu. Mijałam dobrze znane mi drzewa. O tej porze było tu tak pięknie. Leniwe promienie słońca próbowały przedostać się przez korony drzew. Tym którym to się udało rozdziały panujący tu mrok. W dali widać było powalone przez ostatnią burze pnie. Słychać było śpiew ptaków. Dlatego lubiłam tu przychodzić. Mogę się odciąć od świata, który zostawiłam za płotem. Wraz z przekroczeniem tej granicy czuję się wolna. Bez żadnych problemów. Przez chwilę mogę się niczym nie martwić. Wyszłam na otwartą polanę i ujrzałam stojący na środku stary, ogromny dąb. Moje miejsce. Właśnie tutaj zawsze przychodzę. Wspinam się na jedną z gałęzi i siedzę tam podziwiając widok, który się stamtąd rozpościera. Zapiera on dech w piersi. Dokładnie widać cały las sięgający aż po horyzont. Łączy się tam z niebem i dlatego wygląda jakby nie miał końca. Jakby nigdzie się nie kończył. Czasami wspinam się jeszcze wyżej. Po przeciwnej stronie widzę wtedy domy, całe osiedla, a gdy się dobrze przyjrzę nawet moja szkołę. Lubię tak popatrzeć na wszystko z góry. Wszystko wydaje się wtedy takie małe i nie znaczące. Usiadłam i oparłam się o pień drzewa.
- Ładny stąd widok, no nie? – Usłyszałam głos.
Tak się przestraszyłam, że o mało nie spadłam. Na szczęście w ostatniej chwili złapałam się gałęzi. Wisiałam tak z pięć metrów nad ziemią. Nie mogłam się podciągnąć, ani zeskoczyć. Za wysoko. Nagle ktoś złapał mnie za rękę i wciągnął. Popatrzyłam na niego. Był to chłopak. Miał jasne, krótko ścięte włosy, wystające spod kaptura. Twarz była opalona z wyraźnie zaznaczonymi kośćmi policzkowymi. Wyglądał na starszego ode mnie. Kiedy odzyskałam równowagę odsunęłam się na kilka kroków.
- Nawet nie podziękujesz Floro? – Spytał uśmiechając się.
- Za co?!
- Że cię uratowałem.
- A wcześniej przestraszyłeś! Kim ty w ogóle jesteś i skąd znasz moje imię? Zadałam pytanie zdenerwowana.
- Jestem Scott.
- I co w związku z tym?
- Muszę z tobą porozmawiać.
- O czym? A z resztą nie ważne. Nie znam cię, więc nie mamy o czym rozmawiać.
Zeszłam z drzewa i podążyłam w kierunku domu. Chłopak złapał mnie za nadgarstek i obrócił w swoją stronę.
- Zaczekaj.
Popatrzyłam na swoją rękę, którą trzymał.
- Puść mnie! – Krzyknęłam.
- Nie, dopóki z tobą nie porozmawiam. – Odparł poważnie.
- Czego ty ode mnie chcesz?
- Usiądźmy. – Wskazał na kłodę obok nas.
Zrobiłam to co powiedział. Może jak posłucham czego chce to się odczepi. Jak on w ogóle mnie tu znalazł. Przecież nikt nie wie o mojej kryjówce. Tylko ja. I na pewno nikomu się nie wygadałam.
- Przyszedłem tu żeby cię ostrzec.
- Mnie? Ciekawe przed czym.
- Raczej przed kim. – Wydawał się poważny.
- Że co?
- Musisz trzymać się z dala od Phila.
- Dlaczego?
- W końcu sobie przypomnisz, ale do tej pory lepiej się do niego nie zbliżaj. Może wyciągnąć pochopne wnioski. Jeśli nie chcesz mieć kłopotów to lepiej omijaj go szerokim łukiem.
- Ale dlaczego?
- Bo jesteś jedną z nas, a on uważa, że wszyscy z nas są źli.
- O czym ty mówisz? – Spytałam zdezorientowana.
Podciągną rękaw i ujrzałam takie samo znamię jak moje.
- Ale… ale jak?
- Jesteś urodzona, żeby tropić takich jak on. Rozumiesz? Jeśli narazisz się Venomowi i jego ludziom zrobi z tobą to samo co z nimi. Jeśli cię chociaż z nim zobaczy to…
- Po co mi to mówisz?
- Bo nie chce żeby coś ci się stało.
- Przecież mnie nie znasz.
- Trochę tak. Jestem taki jak ty. Nie należę do Bractwa. Też nie wiedziałem kim jestem, ale teraz już wiem. Szukam tych którzy nie wiedzą o swoim pochodzeniu i uświadamiam kim są. Próbuję zaprzestać temu co się dzieje. Lecz Venom ma armię. Mnóstwo ludzi go popiera.
- Dalej nie wiem o czym mówisz…
- Ok. Przyjdź tu jutro o tej samej porze. Wtedy wszystko ci wytłumaczę. Muszę już iść. Tylko proszę cię o jedno. Nie zbliżaj się do niego.
- Dobra jutro pogadamy! – Krzyknęłam odchodząc.